Uniwersytet Warszawski
STRONA GŁÓWNA ZAMÓWIENIA PUBLICZNE POCZTA WYCIECZKA MAPA SPIS PRACOWNIKÓW ENGLISH VERSION SZUKAJ
REKRUTACJA O UNIWERSYTECIE OSIĄGNIĘCIA WYDARZENIA OGŁOSZENIA DLA KANDYDATÓW DLA STUDENTÓW DLA ABSOLWENTÓW STUDIA PODYPLOMOWE STUDIA DOKTORANCKIE DLA PRACOWNIKÓW PRACA NA UW DLA PRASY
jakosc UNICA
UNIWERSYTET OTWARTY BIBLIOTEKA UNIWERSYTECKA KULTURA.UW RADIO KAMPUS AKADEMICKA TELEWIZJA NAUKOWA (ATVN) WYDAWNICTWA UW KSIĘGARNIA LIBER UNIWERSYTECKI OŚRODEK TRANSFERU TECHNOLOGII CENTRUM SPORTU I REKREACJI UW INTERNET PUBLIKACJE PISMO UCZELNI
[Drukuj]
Wśród pasterzy reniferów mongolskiej tajgi

Prof. Jerzy S. Wasilewski





Mija właśnie czterdzieści lat od chwili, kiedy pracownicy dzisiejszego Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UW oraz ich koledzy z PAN podjęli wieloletnie, ekspedycyjne badania w Mongolii. Traktowaliśmy ten teren jako locus classicus szerszego kompleksu kulturowego, obejmującego wielki obszar stepów Azji Centralnej i ich północnego, tajgowego obrzeża; wyróżnikiem tego areału kulturowego jest koczownicze pasterstwo jako podstawa utrzymania, zaś w obrębie życia duchowego - buddyzm (w odmianie tybetańskiej, jako tzw. lamaizm) na fundamencie szamanizmu.

Przez kilkanaście lat badaliśmy całościowo życie mongolskich pasterzy: stosunki społeczne i rodzinne, mechanizm koczowniczego wykorzystywania środowiska i stosunek do przestrzeni, symbolikę domostwa-jurty, indywidualną twórczość artystyczną, sferę gier i rozrywek - wszystkie chyba obszary, kluczowe dla zrozumienia realiów i języka symbolicznego tej kultury.

Spenetrowaliśmy ogromny obszar pomiędzy północną tajgą a górami Ałtaj i pustynią Gobi. W tamtym "socjalistyczny" okresie - sztucznej, pokazowej modernizacji - widzieliśmy, jak to co politycznie i cywilizacyjnie obce, importowane, nawarstwiało się na archaiczną kulturę, o dużej trwałości, znakomitym dostosowaniu do środowiska naturalnego i bogactwie życia duchowego, kontrastującym ze skromnym wyposażeniem materialnym koczowników.

Po przerwie lat osiemdziesiątych wróciliśmy na ten teren tym chętniej, że przemiany polityczne ostatniej dekady XX wieku otworzyły nowe obszary środka Azji. Dzięki temu arena penetracji etnologicznych pracowników i studentów Instytutu jest dziś jeszcze szersza: wędrujemy śladami nomadów po całej południowej Syberii - po Tuwie, Ałtaju, Chakasji, docieramy nawet do Jakucji, a na drugim krańcu do Kirgistanu.

Przed kilkoma laty ruszyliśmy w głąb północnomongolskiej tajgi. Tam, na południowych stokach Sajanów, mieszka parusetosobowa grupa pasterzy reniferów, wyraźnie różna od mongolskiej większości stepowych pasterzy bydła, owiec i koni. To grupa pograniczna, przyjmująca jednostki różnego pochodzenia, ale w swym zasadniczym trzonie nie mongolska, bo turkojęzyczna. Jej podstawę stanowią Tuwińczycy - pobratymcy mieszkańców sąsiedniej Tuwy. Ich obecność na tym terenie, choć zapewne poprzedzana była wcześniejszymi penetracjami, jest względnie świeżej daty: przybywali tu stopniowo w latach 1944-53, kiedy to w małych grupkach rodzinno-sąsiedzkich uciekali z tej -- właśnie od niedawna radzieckiej -- republiki (warto przypomnieć ten mało znany epizod z historii Syberii: istnienie pseudo-niepodległej Republiki Tuwy jeszcze do 1945 r., kiedy zostaje ona ostatecznie przyłączona do ZSRR). Grupa ta używa na ogół samonazwy Tucha/Ducha (tak brzmi etnonim Tuwa w wymowie lokalnej), a przez Mongołów nazywana jest po prostu "ludem rena" (Caatan).
W panoramie zjawisk etniczno-kulturowych, zachodzących w ostatnich latach na terenach azjatyckiego postkomunistycznego Wschodu ta walcząca o przetrwanie społeczność zajmuje miejsce szczególne. Z jednej strony została ona mocno dotknięta - w pozytywnym i negatywnym sensie - tymi samymi skutkami przeobrażeń politycznych ostatniej dekady, którym podlegały też inne małe ludy Syberii. W r. 1990 z tej izolowanej dotąd (bo żyjącej w pasie granicznym, a do tego - ku zawstydzeniu władz - "zacofanej"), trudnodostępnej grupy został zdjęty polityczny klosz. Swobodny dostęp do pogranicznej tajgi i jej mieszkańców mają nareszcie nie tylko badacze - co wcale nie było normą w latach 70., kiedy to np. naszej ekspedycji władze lokalne przerwały badania. Pojawiają się zagraniczne organizacje charytatywno-pomocowe, a nawet ambitni zachodni turyści, którzy ciekawi są tamtejszych szałasów i szamanów, wiedząc, że archaiczne formy kultury zachowane są tu lepiej niż na obszarze byłego ZSRR.

Co więcej, okazuje się, że nawet te oddalone obszary po usunięciu przeszkód politycznych mogą być uczestnikiem globalnej wymiany handlowej. Tajga ze swymi skromnymi produktami przyciąga grupy chińskich kupców, zainteresowanych skórami i futrami, rogami renów czy - wykorzystywanymi w medycynie Wschodu od wieków - leczniczymi roślinami i grzybami.

Jednakże zdjęcie państwowego parasola ochronnego pociągnęło za sobą szereg zagrożeń. Tradycyjna prymitywna ekonomia tajgi (koczownicze pasterstwo renifera, wspomagane kłusowniczym myślistwem i zbieractwem) nie gwarantuje utrzymania w warunkach gospodarki rynkowej. Skończyło się finansowanie niedochodowego lokalnego przedsiębiorstwa rybnego - ten typowy socjalistyczny absurd (w Mongolii praktycznie nie spożywa się ryb) dawał jednak zatrudnienie i zapewniał egzystencję w znośnych warunkach kilkudziesięciu rodzinom. Ustało subsydiowanie kolektywnego pasterstwa reniferów, a wraz z tym znikła wszelka pomoc weterynaryjna. Na domiar złego, pospieszna prywatyzacja omal nie doprowadza do upadku podstawy egzystencji - pasterstwa renów; stada są wyrzynane albo oddawane w niewłaściwe ręce. Wreszcie załamuje się powszechne szkolnictwo podstawowe, państwo nie jest w stanie zapewnić elementarnej opieki zdrowotnej, przestaje istnieć organizowana działalność kulturalna itd. Wszystko to są zjawiska dobrze znane na całym poddanym ustrojowej transformacji Wschodzie.

Z drugiej strony niektóre standardowe zjawiska procesu odrodzenia etnicznego po komunizmie przedstawiają się w tej kilkusetosobowej grupie zupełnie inaczej, niż wśród większych, silniejszych etnosów Syberii. Jak pokazują choćby prace naszych Instytutowych kolegów (Łukasza Smyrskiego, Wojciecha Lipińskiego czy Agnieszki Halemby), badających Buriatów, Ałtajczyków i Jakutów, występuje tam ożywienie poczucia tożsamości etnicznej czy świadomości narodowej, a przynajmniej wysiłki elit, zmierzające do ich skonstruowania. Towarzyszy temu wzrost aktywności społecznej, odrodzenie duchowości i tradycyjnej obrzędowości, praca nad formowaniem nowej kultury popularnej, czerpiącej z własnej tradycji oraz dyskusje nad wartościami kultury rodzimej. Szczególne widoczne są procesy ideologicznego dowartościowania lokalnego środowiska naturalnego i tradycyjnego trybu życia, który pozostaje w związku z naturą. Następuje idealizacja i sakralizacja miejscowej ekumeny, gloryfikacja pasterstwa i myślistwa. Rodzą się najróżniejsze ruchy ekologiczne -od racjonalnych, walczących z zanieczyszczeniami związanymi z wydobyciem ropy naftowej czy produkcją celulozy, aż po religijno-duchowe, szukające mistycznego promieniowania ziemi, np. w górach Ałtaju.

W niewielkiej, pozbawionej elit i liderów grupie Tucha/Caatanów próżno by szukać podobnego fermentu. Oczywiście, zaniechanie represji politycznych wpłynęło na ożywienie duchowości, odrodzenie niektórych form obrzędowości, prawdziwy rozkwit zakazanych dotąd praktyk szamańskich. Z drugiej strony jednak przyjmowane w nowych, trudnych warunkach strategie przetrwania prowadzą - jak się zdaje - do utraty językowej, tożsamościowo-etnicznej i kulturowej odrębności, krótko mówiąc - wiodą nieuchronnie do mongolizacji. Nasuwają się pytania o dalszy przebieg tych procesów w warunkach, które stawiają pod znakiem zapytania szansę przetrwania tej społeczności, z jej unikalnym trybem życia i kulturą.

***

Żeby spotkać "ludzi rena", trzeba przejechać terenowym samochodem prawie tysiąc kilometrów na północny zachód od stołecznego Ułan Bator i dotrzeć do ostatniej zaznaczonej na mapach miejscowości ajmaku chubsugulskiego, Cagaan Nuur. Tam przez Kotlinę Darchacką przepływa rzeka Szisz-chid, która dalej będzie się nazywać Jenisej. To już prawie koniec świata, a trzeba jeszcze konno przeprawiać się na północ, ku granicy biegnącej grzbietem Sajanów. Teren jest ta-gowy, co praktycznie oznacza podmokły grunt, porośnięty modrzewiem i zaroślami ka-ragany; dopiero w wyższych partiach las ustąpi miejsca odkrytym halom. Na nich właśnie szukają mchu renifery, tam rozstawiają swoje szałasy pasterze.

W drogę po tej krainie wyruszamy w dwanaście koni: szóstka badaczy, dwóch przewodników, prowadzących nas po mylnych ścieżkach, a ponadto cztery konie juczne; są one obładowane jedzeniem dla nas i dla gospodarzy, tak by nasza obecność nie zmuszała ich dodatkowo do zabijania renów. Oprócz mąki, ryżu, konserw i herbaty wieziemy jeszcze lekarstwa (jeden z nas jest z wykształcenia także lekarzem i swoje wywiady etnograficzne będzie przeplatać z oględzinami pacjentów), scyzoryki, świece, liny do wiązania renów i tuzin innych podarków.

"Ludzi rena" nie jest wielu. Renifery hoduje w górach niespełna 40 rodzin, rozrzuconych w obozowiskach po kilka szałasów, odległych od siebie o parę dni drogi konno. Kilkusetosobowa społeczność caatańska ze swą specyficzną kulturą przetrwa pod warunkiem, że nie wybije do końca stada reniferów. Ich pogłowie od lat się zmniejsza, licząc obecnie ok. 700 sztukj a brak świeżej krwi skazuje na chów wsobny i wszystkie jego negatywne konsekwencje. Do tego jeszcze stada są osłabione rabunkowym obcinaniem poroża. Odrastające corocznie rogi renifera są wiosną jeszcze miękkie, bo obficie ukrwione, i w takim stanie -podobnie jak słynne panty syberyjskiego jelenia plamistego - wykorzystywane w chińskiej medycynie. Pieniądze ze sprzedaży rogów natychmiast zamieniane są na wódkę.

W tych warunkach powstaje rabunkowa praktyka ponownego ścinania rogów odrastających jesienią, co osłabia zwierzęta, prowadzi do zakażeń i degeneracji poroża. W efekcie coraz więcej jest w stadach takich zmarniałych sztuk, które niebawem trafią pod nóż. A przecież każdy zabity renifer to zmniejszenie szansy na przetrwanie grupy. Pasterze dobrze to rozumieją, ale tak jakoś się składało, że w każdej odwiedzanej grupie szałasów natrafialiśmy na świeże mięso, a na głowach reniferów widać było krwawiące rany na miejscu rogów.
Nasze badania mają więc ambicje ratownicze, i to w dwojakim sensie. Po pierwsze, chcemy zebrać, opisać, ocalić przed zapomnieniem jak najwięcej dawnych, ginących treści kulturowych - tradycji, przekazów, biografii. Po wtóre, jesteśmy krytycznymi obserwatorami procesu modernizacji, dostrzegamy jego zagrożenia, występujemy z rekomendacjami dotyczącymi akcji pomocowych, jeśli pozwala na to doświadczenie terenowe.

Notujemy zatem zachowane resztki wiedzy na temat dawnego systemu rodowego, zapamiętaną historię migracji na nowe tereny, dynamikę ich zasiedlania, przebieg ich gospodarczej eksploatacji i duchowej (symbolicznej) adaptacji. Pytamy o pamięć o dawnej ojczyźnie i o nowopowstałe święte miejsca na dzisiaj zajmowanym terytorium, o mitologię swojskiej ekumeny. Widzimy, jak w sprzyjających warunkach politycznych odradzają się zakazane przedtem ceremonie religijne - kult świętych gór (na których pochowany został szaman-przodek, a ściślej, gdzie złożony był jego strój i bęben). Uczestniczymy w przekoczowaniach, tych małych świętach społeczności nomadycznej, by obserwować towarzyszącą im obrzędowość. Opisujemy odradzające się rytuały ofiarne, takie jak codzienne poranne kropienie świeżym mlekiem, przeznaczonym dla duchów otaczających miejsc. Analizujemy współczesny obrzęd weselny - nowość dla Tucha--Caatanów, którzy w tradycji znali tylko skromne małżeństwo przez uprowadzenie panny młodej, a dziś, kiedy żenią się z Mongołkami, przejmują obce formy, dostosowane do zgoła innych realiów kulturowych: mongolskie domostwo - wojłokowa jurta - to zupełnie inne universum symboliczne niż tutejszy, podobny do indiańskiego tipi, szałas.

Rozmawiamy z szamanami i szamankami (jest ich w tej grupie co najmniej czworo, nie licząc tych żyjących poza tajgą, bezpośrednio wśród Mongołów), ludźmi którzy wyszli z ukrycia po latach administracyjnych prześladowań. Obserwujemy renesans aktywności szamanów w całej północnej Mongolii, a szczególnie tutaj, bo leżąca u stóp Sajanów Kotlina Darchacka zawsze uchodziła za "krainę szamanów". Jesteśmy świadkami całonocnych seansów, odbywanych z konkretną intencją leczniczą w razie choroby i ogólnoterapeutyczną, gdy komuś się w życiu nie wiedzie.

Udaje nam się zebrać szczegóły budzących niedowierzanie obrzędów magicznych, takich jak przywoływanie deszczu za pomocą magicznego kamienia zada (skądinąd znanego na rozległych obszarach Azji, od Persji po Jakucję, a mającego swe analogie w znanym także w europejskiej tradycji kamieniu bezoar). Te zdawałoby się archaiczne, wręcz bajecznie-orientalne rytuały mają w tutejszych realiach bieżące zastosowanie: w razie pożaru tajgi jedynym środkiem ratowniczym jest właśnie sprowadzenie deszczu, a osobie wykonującej taką magiczną akcję gaśniczą płacą za to lokalne władze.

Ale często widzimy, że ten "powrót do Natury" (a ściślej, do tradycyjnych form gospodarowania i dawnych instytucji kultury) to raczej regres, wymuszony rozpadem form nowoczesnych, kryzysem państwa i jego służb. W trakcie pobytu wśród pasterzy jesteśmy krytycznymi obserwatorami procesu otwierania się na wpływy zewnętrzne. Mamy zastrzeżenia dotyczące akcji modernizacyjnych, które wychodzą z nierealistycznych oczekiwań (np. sugestie, że Caatanowie powinni zakładać spółki z własnym wkładem kapitałowym - podczas gdy oni nie radzą sobie z ideą prywatnego władania np. terenami myśliwskimi w tajdze). Obserwujemy istny "biznes charytatywny", który rozwija się tam w oparciu o chwytliwe dla sponsorów, egzotyczne wyobrażenia, nierzadko rozmijając się z prawdziwymi potrzebami na miejscu.

Obserwujemy zatem na gorąco proces niekonsekwentny, wielokierunkowy, wręcz paradoksalny. Z jednej strony, na naszych oczach powstaje nowa grupa etniczna, wśród członków której krzepnie świadomość przynależności (tożsamości) i uciera się - z trudem - nowa samonazwa (endoetnonim). W grupie złożonej z dwóch odrębnych składowych, wywodzących się z różnych części Tuwy (a na dodatek z przybyszów z mongolskiej peryferii) trwają procesy integracyjne, które stopniowo prowadzą do powstania homogenicznej całości. Z drugiej strony, w podstawowych strategiach przetrwania przyjętych przez te małą, żyjącą w trudnych warunkach grupę (np. asekuracja w postaci okresowego przechodzenia na pasterstwo "w stylu mongolskim", po zejściu w doliny; małżeństwa mieszane, mongolizacja językowa) kryją się zagrożenia, które mogą doprowadzić do jej zniknięcia.

W trakcie tych obserwacji rodzi się nasz etnologiczny "raport mniejszości".

Badania odbywały się w ramach programu badawczego (grant KBN) "Społeczność izolowana w warunkach ekonomicznego i kulturowego otwarcia. Caatanowie północnej Mongolii- etnologiczne badania ratownicze". Brali w nich udział: prof. dr Lech Mróz, dr. hab. Jerzy S. Wasilewski (kierownik projektu) oraz dwoje absolwentów Instytutu, doktorantów UW: mgr Tomasz Rakowski i mgr Ojunge-rel Tangad.
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej UW


© Uniwersytet Warszawski, Krakowskie Przedmieście 26/28, 00-927 Warszawa, tel. (centrala) +48 22 552 00 00, NIP 525-001-12-66
Wszelkie prawa zastrzeżone. Webmaster  Rzecznik prasowy  Administrator