|
[Drukuj]
Solidna podstawa - dobry punkt odniesienia
o współpracy zagranicznej,
programie Socrates-Erasmus i najbliższej przyszłości
z prof. dr hab. Wojciechem Tygielskim, prorektorem UW
ds. badań naukowych i współpracy z zagranicą rozmawia Artur Lompart
Panie Rektorze, wielu pracowników naszej Uczelni uważa, że współpraca zagraniczna
Uniwersytetu Warszawskiego nie przystaje do wyzwań, jakie czekają UW w XXI wieku.
Jak Pan ocenia naszą współpracę zagraniczną?
To dosyć ogólna krytyka, ale - o ile dobrze rozumiem - dotyczy ona zarówno obecnie
obowiązujących zasad dotyczących sposobu nawiązywania współpracy z partnerami
zagranicznymi, jak też utrzymywania i finansowania istniejących już kontaktów, a może
nawet... koncepcji polityki zagranicznej Uniwersytetu, a więc całości naszych poczynań w
tym względzie. Jeśli tak, to muszę przyznać, że współpraca ta rzeczywiście nie jest spójna,
lecz stanowi wypadkową działań oraz interesów konkretnych uczonych, poszczególnych
jednostek organizacyjnych, a także Uczelni jako całości. Powodem jest z jednej strony
bogata tradycja naszych zagranicznych kontaktów, ich "historyczny" często charakter, a
przede wszystkim zmieniające się zasady finansowania współpracy i jej ramy organizacyjne.
W 2002 roku weszło w życie postanowienie Senatu, które zakwestionowało finansowanie z
budżetu centralnego UW współpracy w ramach tzw. umów bilateralnych (czyli zmieniło de
facto sposób finansowania przyjazdów). Koszta współpracy miały być odtąd pokrywane z
funduszy na badania statutowe, pozostających w dyspozycji dziekanów. Do umów tych wiele
osób - wywodzących się przede wszystkim z wydziałów humanistycznych i społecznych -
zdążyło się przyzwyczaić; umów tych było i jest nadal bardzo dużo, przynajmniej formalnie;
powstawały one w różnych okresach, będąc często wynikiem kontaktów osobistych
poszczególnych uczonych z ich zagranicznymi partnerami. Przeniesienie finansowania
współpracy zagranicznej na poziom wydziałowy było w zamierzeniu posunięciem
oszczędnościowym i racjonalizującym; posunięciem w pełni zrozumiałym z tego punktu
widzenia, ale - jak się wkrótce miało okazać - bardzo dyskusyjnym. Wywołało ono duże
zamieszanie, a nawet rozgoryczenie i było przyczyną licznych pretensji, bo nagle
ograniczone zostały możliwości kontaktów i współpracy w pewnej - co tu dużo mówić -
bardzo sympatycznej formule, która zakładała wzajemne wizyty w celach naukowych i
dydaktycznych, ale także w celu doskonalenia znajomości języka i wzajemnego poznawania
się. Teraz całą tę aktywność miały finansować wydziały z funduszy na badania statutowe,
których przy tej okazji - mimo ministerialnych deklaracji - nie powiększono w sposób
zauważalny.
Z tego powodu dziekani, odpowiedzialni za wszystkie sfery aktywności
podległych im jednostek i borykający się stale z kłopotami finansowymi, nie mogli
przeznaczać odpowiednio dużych środków na współpracę z zagranicą. W konsekwencji
powstały ogromne kłopoty strategiczno-organizacyjne, z którymi borykał się już mój
poprzednik - prof. Włodzimierz Borodziej, i z którymi przyszło mi się wielokrotnie mierzyć w
poprzedniej kadencji. Istniejące umowy dwustronne - podpisane na szczeblu rektorskim -
nie uwzględniały w precyzyjny sposób struktury przyszłej wymiany, skoro i tak miała ona być
finansowana centralnie. Na podstawie umów wyjeżdżali przedstawiciele jednych dyscyplin, a
kto inny był przyjmowany przez Uniwersytet w ramach "rewanżu". Nikomu więc nie
przeszkadzało, że - przykładowo - na stypendia do Japonii jeździli nasi orientaliści, a do
Warszawy przyjeżdżali japońscy poloniści, historycy, czy też politolodzy, zainteresowani
studiami i badaniami nad polską kulturą i historią, a także przemianami społecznymi i
gospodarczymi w naszym regionie. Teraz okazało się nagle, że w konsekwencji jeden
wydział wysyła, czyli "korzysta", a drugi przyjmuje, czyli "traci". Inny przykład: na podstawie
licznych umów z uczelniami niemieckimi wyjeżdżali tam przedstawiciele różnych kierunków i
dyscyplin, gdy jednak przyszło przyjmować niemieckie rewizyty, kierownicy jednostek
mających wystąpić w roli gospodarzy niejednokrotnie stwierdzali, że oni wcale nie zapraszali
akurat tych konkretnych osób, które zostały zgłoszone przez niemieckiego partnera. Często
było to połączone z jednoznaczną sugestią, by Rektor, który przecież podpisał umowę,
wyasygnował środki niezbędne do zrealizowania zobowiązań Uniwersytetu.
Pojawił się więc problem, jak skonstruować system wzajemnych rozliczeń, uwzględniający również interesy
uczelni partnerskich. Przyjęcie zasady bardzo skrupulatnego obliczania "dni wyjazdowych"
pracowników poszczególnych jednostek, a następnie egzekwowania tego - również w
kategoriach finansowych - przy przyjmowaniu zagranicznych gości, nie wydawało się
rozwiązaniem ani właściwym, ani realnym. Próba zbierania deklaracji kierowników jednostek,
które wysyłały swoich pracowników, że w przypadku wynikającej z umowy rewizyty wezmą
na siebie jej organizacyjny i finansowy ciężar, również - w sytuacji permanentnych
niedoborów finansowych oraz skomplikowanej struktury uniwersyteckiego organizmu -
okazała się nieskuteczna.
Z drugiej strony literalne egzekwowanie wspomnianych
wytycznych Senatu oznaczałoby w praktyce zerwanie - z zasady niezbyt eleganckie - wielu
kontaktów, o długiej niekiedy historii i wielorakich, wymiernych korzyściach dla Uniwersytetu.
Do tego nie chcieliśmy dopuścić, a pogląd ten jednomyślnie wyrażali również członkowie
Komisji ds. Międzynarodowych, która w poprzednich kadencjach spełniała funkcje doradcze
wobec prorektora. Staraliśmy się więc utrzymać pewne tradycyjne kontakty, zwłaszcza z
Niemcami, ze Stanami Zjednoczonymi i z krajami Dalekiego Wschodu. Jednocześnie
wprowadzono zasadę, że warunkiem podpisania nowej umowy (bo potrzeba i chęć ich
podpisywania bynajmniej nie znikła) była deklaracja przynajmniej jednego wydziału o
gotowości wyasygnowania na ten cel niezbędnych środków. To stanowisko oznaczało w
praktyce finansowanie z budżetu centralnego przyjazdów studenckich, odbywających się w
ramach tzw. starych umów, oraz doraźne wspomaganie jednostek deklarujących, że w
konkretnej sytuacji nie są w stanie poradzić sobie z nakładanymi na nie obowiązkami. W
efekcie doszło do wyraźnej racjonalizacji ponoszonych w skali uczelni kosztów, ale
jednocześnie utraciliśmy część korzyści płynących z wymiany, a przy okazji system
ostatecznie stracił swoją przejrzystość.
Czy nie można byłoby tego systemu jakoś usprawnić?
Staraliśmy się go doraźnie poprawiać. Zdając sobie sprawę z różnej kondycji finansowej
wydziałów wydzieliliśmy ostatnio specjalny fundusz, dzięki któremu można było choć trochę
wesprzeć te wydziały, którym na współpracę zagraniczną - przede wszystkim na
przyjmowanie gości - brakowało środków. Jak powszechnie wiadomo, na Uniwersytecie, w
efekcie zróżnicowania wartości rynkowej poszczególnych dyscyplin, mamy wydziały "bogate"
i "biedne", co oddziałuje niekorzystnie na funkcjonowanie uczelni, a także utrudnia jej
kierowanie, którego istotnym elementem staje się redystrybucja części środków pozyskanych
przez wydziały. W sferze, o której rozmawiamy, oznacza to wspieranie współpracy
zagranicznej części jednostek - tych biedniejszych, bo nie posiadających dodatkowych,
wypracowanych przez siebie środków. Nieuniknioną konsekwencją jest arbitralność
podejmowanych decyzji, co wiąże się z oczywistym dyskomfortem decydenta (choć sytuacja
finansowa poszczególnych jednostek Uniwersytetu należy bez wątpienia do zjawisk
mierzalnych). W każdym razie te wydziały, które poniosły największe straty w wyniku
wspomnianej decyzji z 2002 roku, przede wszystkim Wydział Neofilologii i Wydział
Historyczny, ale także inne, reprezentujące nauki humanistyczne i społeczne, otrzymały
propozycję jednorazowego sfinansowania przez budżet centralny części wizyt zagranicznych
uczonych - zaplanowanych wcześniej i wynikających z tzw. starych umów; wydawało się też
niezbędne dalsze finansowanie przyjazdów studenckich. Tak wyobrażałem sobie korektę
sytemu, licząc że pozwoli połączyć racjonalizację wydatkowanych środków, z
podtrzymaniem - choćby nieco sztucznym - części kontaktów tradycyjnych i prestiżowych, a
więc ważnych na przyszłość. Nie popadając w samozadowolenie (głównie ze względu na
obecny w systemie element decyzyjnej dowolności i konieczność arbitralnego określania, kto
powinien otrzymać wsparcie z centralnego budżetu, a kto nie), miałem wrażenie, że sytuacja
została ustabilizowana.
Ostatnio jednak kłopoty zaczyna sprawiać wymiana studencka, która
do tej pory odbywała się bezkolizyjnie (studenci przyjeżdżający do nas w ramach umów
dwustronnych byli po prostu przyjmowani na poszczególnych wydziałach). Wzrastająca
liczba owych przyjazdów, a być może postępujące "urynkowienie" myślenia kierowników
jednostek sprawiło, że tu także pojawiły się problemy. Proszę wybaczyć, że tak długo
kontynuuję ten wątek, ale jest on dla mnie symptomem niepokojących zmian. Otóż ostatnio
pojawił się student prestiżowego japońskiego uniwersytetu, mający sprecyzowane plany
naukowe i pragnący - w ramach dotychczas funkcjonującej umowy - przyjechać na rok do
Warszawy. Dziekan wydziału, którego nazwy nie chcę wymieniać, zgodził się na przyjęcie
studenta, ale pod warunkiem..., że ktoś sfinansuje koszty jego kształcenia. Pytanie, kto to
miałby uczynić, jest niestety retoryczne. Nie zrobi tego japoński uniwersytet, bo ten finansuje
pobyty i stypendia studentom przyjeżdżającym z Warszawy; nie zrobi tego Instytut
Orientalistyczny, wysyłający swoich studentów do Japonii, bo nie ma na to pieniędzy. Zrobi
to więc prorektor, ze "swoich", czyli - przypomnijmy tę oczywistość - z naszych wspólnych
środków, w przeciwnym razie trzeba by natychmiast wypowiedzieć umowę z japońskim
uniwersytetem. Najwyraźniej potrzebne jest więc nowe rozwiązanie systemowe. Postaram
się ten przypadek omówić na najbliższym posiedzeniu senackiej Komisji ds. Badań
Naukowych i Współpracy z Zagranicą i poprosić o pomoc w wypracowaniu stanowiska, które
następnie zostanie przedstawione Senatowi. Stoimy bowiem - po okresie zdobywania
nowych doświadczeń - przed klarowną alternatywą: albo zgodzimy się na wyasygnowanie
konkretnych funduszy na współpracę z zagranicą prowadzoną na poziomie uczelni, albo
trzeba w trybie pilnym wypowiedzieć wszystkie umowy dwustronne, na których utrzymanie
wydziały nie mają środków i w ten sposób nie dopuścić do serii zadrażnień o charakterze
dyplomatyczno-prestiżowym.
Co czeka nas w najbliższej przyszłości?
W ciągu ostatnich kilkunastu lat nasz Uniwersytet został stopniowo zdecentralizowany. Tak
więc decyzje co do współpracy zagranicznej są i będą podejmowane przez dziekanów lub
przez grupy osób skupionych lub też - wyrażających swoją wolę na poziomie wydziału,
instytutu albo innych jednostek o podobnym charakterze. Postawić więc wypada ważne
pytanie: czy Uniwersytet Warszawski jest w stanie prowadzić aktywną i przemyślaną politykę
w zakresie współpracy zagranicznej? Myślę, że w odniesieniu do uczelni tej skali, co
Uniwersytet Warszawski, trudno sobie wyobrazić wyrazistą strategię w tym zakresie, gdyż
Uniwersytet już dziś jest sumą współpracujących z zagranicą jednostek organizacyjnych oraz
konkretnych osób. Jak wiadomo, średnia statystyczna wielu elementów znosi skrajności
czyniąc obraz mniej wyrazistym i jednoznacznym. Gdyby chciał mnie Pan zmusić do
deklaracji, jakie w istocie są nasze preferencje czy też pryncypia polityki zagranicznej, to
odpowiedziałbym dokładnie tak, jak to czyni zwykle minister spraw zagranicznych III RP
podczas debaty sejmowej na temat celów i zadań polskiej polityki zagranicznej: mamy
strategicznych partnerów - najbliższych sąsiadów, pozostałe kraje Unii Europejskiej, Stany
Zjednoczone; posiadamy zobowiązania wobec Ukrainy, Białorusi i innych partnerów ze strefy
post-radzieckiej, wobec których mamy poczucie długów historycznych oraz świadomość
długotrwałych więzi i kulturowej bliskości. Chcemy mieć dobre stosunki naukowe z Rosją, z
zainteresowaniem patrzymy na daleko położone, a silne gospodarczo lub bardzo szybko
rozwijające się kraje, jak Japonia, Korea czy Chiny, interesuje nas świat arabski, a także
Ameryka Południowa...Jednak z tego rodzaju deklaracji niewiele wynika.
Ogólny program jest łatwy do zaakceptowania, ale tak naprawdę to nie jest żaden program. Dlatego bardzo
się cieszę z powstania wspomnianej już Komisji ds. Badań Naukowych i Współpracy z
Zagranicą. Z pewnością jeszcze za wcześnie, by oceniać jej dokonania, ale cele jakie ta
Komisja sobie postawiła są bardzo ambitne. Wśród nich pojawiło się także opracowanie
strategii naszej współpracy z zagranicą. Oczywiście nawet senacka Komisja, choć jest
wyrazem zbiorowej mądrości, nie będzie zapewne w stanie wypracować programu tak
jednoznacznego, że - powiedzmy - Uniwersytet nasz powinien blisko współpracować z
uczelniami ze Słowacji i z Finlandii, a z czeskimi i ze szwedzkimi to już nie. Można jednak
wyobrazić sobie bardziej precyzyjne określenie naszych pragnień i oczekiwań w tym
zakresie, generalnej tendencji, kierunków poszukiwania uniwersytetów partnerskich.
Wszelako nasi strategiczni sojusznicy pozostaną zapewne różni - w zależności od
dyscypliny.
Mówiliśmy o decentralizacji. Czy wobec widocznych mankamentów obecnego
systemu nie pojawiły się głosy opowiadające się za centralizacją współpracy? Tak by
wszyscy mogli z niej korzystać?
Decentralizacja Uniwersytetu przyniosła wiele korzyści, oddając gros decyzji - także
finansowych - w ręce tych, którzy mają je wcielać w życie. To jednak obiektywnie utrudnia
zarządzanie całym organizmem wywołując niekiedy nostalgię za centralizacją. Z reguły obie
tendencje istnieją obok siebie i ze sobą rywalizują. Problemem jest znalezienie złotego
środka, bo opinie w tym względzie zależą w dużym stopniu od punktu widzenia. Odkąd
pracuję głównie w Pałacu Kazimierzowskim mam wrażenie, że procesy decentralizacyjne
trzeba już zahamować. Dyskusje i prace nad budżetem Uczelni wykazują, że coraz więcej
pozycji należałoby, jak to się mówi, "wystawić przed nawias" i płacić centralnie na przykład
za dostęp do baz danych, za możliwość korzystania z czasopism elektronicznych itp. Przy
okazji warto zwrócić uwagę, jak zróżnicowany jest nasz biblioteczny system katalogowy -
także w wersji elektronicznej. Wielkim i kosztownym zadaniem, które wykonać trzeba jak
najszybciej jest jego ujednolicenie w taki sposób, by można było łatwo docierać i korzystać z
wszystkich zasobów bibliotecznych Uniwersytetu, żeby nie dublować zakupów.
Wydaje się to oczywiste, a jednak stan obecny na to nie pozwala, co oznacza, że na starcie popełniono
błędy w zarządzaniu i koszta tego będziemy ponosić jeszcze przez jakiś czas. Z drugiej
strony, jeśli mielibyśmy ponownie scentralizować Uniwersytet, który ma ponad sześćdziesiąt
tysięcy studentów i jest największą instytucją, największym pracodawcą na Mazowszu, to
zapewne okazałoby się, że nie jesteśmy w stanie centralnie sterować tak wielkim
organizmem. Realna decentralizacja ma wpływ na system studiowania; utrudnia
powstawanie studiów interdyscyplinarnych, których dynamiczny rozwój wydaje się konieczny
i oczywisty. Warto wprowadzać rozwiązania, dzięki którym nasz student będzie się czuł
studentem całego Uniwersytetu, przynajmniej w okresie licencjackim. To z pewnością
zwiększy naszą atrakcyjność z punktu widzenia studenta zagranicznego.
Z jakiś powodów, kiedy jeszcze tu, w Pałacu, rzadko bywałem, w czasach Rektora Andrzeja Kajetana
Wróblewskiego, powstała idea podziału Uniwersytetu na kilka, chyba pięć wielkich szkół. Ten
pomysł, nadal przecież aktualny, bardzo mi odpowiada. Być może właśnie w ten sposób
udałoby się zwalczyć mankamenty wynikające z ogromnych rozmiarów Uniwersytetu
zachowując jego atrakcyjność jako instytucji zróżnicowanej i wielowymiarowej, dającej
możliwość studiowania na kilku kierunkach i elastycznego konstruowania edukacyjnego
programu, przy zachowaniu możliwości koordynowania działalności poszczególnych
jednostek w skali uczelni. Współpraca zagraniczna, choć na razie to jedynie drobny fragment
uniwersyteckiej całości, zależy w dużym stopniu od sprawności całego systemu. Tylko
dobrze zorganizowana i zarządzana uczelnia jest w stanie ukazać swoją atrakcyjność i w ten
sposób skutecznie przyciągnąć studentów w ogóle, a zagranicznych w szczególności. Ci
ostatni oczekują precyzyjnej, aktualnej informacji oraz jednoznacznie zdefiniowanych
procedur. Rosnąca liczba przyjeżdżających z pewnością będzie nas dyscyplinować, wymusi
elastyczność i wprowadzenie przyjaznego stylu na wszystkich szczeblach uniwersyteckiej
drabiny.
Wspomniał Pan Rektor o partnerach edukacyjnych...- Liczby: uczelni
współpracujących w ramach programu Socrates-Erasmus - ponad 200, umów
bilateralnych - ponad 150 wskazują, że nie mamy się czego wstydzić. Jak tę
współpracę mamy rozwijać? Liczyć się będzie ilość czy jakość?
Nie ma alternatywy: ilość czy jakość. Każdy Panu powie, że jakości nie wolno poświęcić pod
żadnym pozorem...
Ale trudno będzie nam znaleźć prawdziwie wartościowych partnerów skoro w
światowym rankingu uczelni znaleźliśmy się w trzeciej setce, a w europejskim -
przygotowanym przez "The Times" - nie było nas wcale...
Do rankingów należy podchodzić z wielkim dystansem - metoda (bo przecież nie
"metodologia") ich sporządzania bywa bardzo różnej wartości, co nie oznacza, że tak
naprawdę to znajdujemy się w pierwszej dziesiątce uniwersytetów świata, tylko
uwzględniane przez twórców rankingów parametry są dla nas niekorzystne. Problem naszej
pozycji warto powiązać z jakąś - choćby bardzo schematyczną - wizją przyszłości. Można
sobie na przykład wyobrazić, że będziemy się intensywnie starać, by pozyskać studentów
zagranicznych i kształcić ich na masową skalę. Pojawia się jednak pytanie, do kogo możemy
adresować naszą ofertę. Gdybyśmy, Pan lub ja, byli zamożnymi obywatelami Pakistanu, Indii
czy Turcji, a zarazem rodzicami potencjalnych studentów, to - nie wiem jak Pan, ale ja bym
swojego dziecka do Warszawy na studia nie posłał, tylko starałbym się, żeby ono studiowało
w Oxfordzie lub w Cambridge, nie wspominając już o Harvardzie. Gdybym był mniej bogaty,
to chyba także nie starałbym się umieścić swego potomka na stołecznym uniwersytecie w
Polsce, tylko szukałbym raczej miejsca na jednym ze stanowych uniwersytetów
amerykańskich, albo w którymś z ośrodków francuskich lub niemieckich. Nie oznacza to, że
nie mamy żadnych szans na pozyskanie zagranicznych studentów. Takie możliwości z całą
pewnością istnieją. Jak Pan dobrze wie, otrzymujemy liczne zapytania o warunki studiowania
w Polsce i naszym problemem jest dość uboga (jak na nasze potencjalne możliwości) oferta
dydaktyczna w językach obcych, przy czym "w językach obcych" praktycznie oznacza dzisiaj
"po angielsku".
Ta oferta powstaje bardzo powoli, bo studentów tego potrzebujących nie ma
dostatecznie wielu, a proces przygotowania zajęć wymaga czasu i solidnego wsparcia
materialnego. Powstaje więc błędne koło: studentów nie ma, bo brak zajęć, zajęcia nie
powstają, bo nie ma studentów. Można temu zaradzić tylko w jeden sposób - poszerzając
obcojęzyczną ofertę dydaktyczną (staramy się takie działania wspierać używając do tego
celu tzw. Funduszu Inicjatyw Dydaktycznych). Potencjalny student musi wiedzieć, co, w
jakim zakresie i o jakiej wartości "kredytowej" (nie mówiąc już o merytorycznej) będzie mógł
tu studiować. Tymczasem mamy zaledwie kilka programów studiów w języku angielskim i w
ogromnej większości są to studia magisterskie uzupełniające i podyplomowe.
Może należałoby, jak Uniwersytet Jagielloński, wybrać regiony, z których potencjalni
studenci nas interesują?
Z pewnością istnieją kraje, które powinny nas w tym kontekście szczególnie interesować, ale
są także obszary, z których mogliby się rekrutować liczni potencjalni studenci, lecz z różnych
powodów, w tym także ze względów bezpieczeństwa, nie powinniśmy tych regionów
nadmiernie eksploatować. Jako uczelnia powinniśmy przecież rozumować także w tych
kategoriach, uwzględniać interesy kraju i jego bezpieczeństwo. Uniwersytet, każdy
uniwersytet jest bez wątpienia bogatszy, gdy w jego społeczności funkcjonują przybysze z
zagranicy, kiedy do różnorodności studenckiej dochodzi jeszcze ten wielokulturowy element;
na uniwersytetach zachodnioeuropejskich uznaje się za stan optymalny od 10 do 20 procent
studentów zagranicznych. Nie mam nic przeciwko temu, żeby w Warszawie było podobnie,
ale z drugiej strony wcale bym nie chciał, żeby nasz Uniwersytetem przekształcił się w
uczelnię, która względnie tanio, ale za pieniądze, kształci młodzież z Chin, Libii, czy
Pakistanu (stamtąd pochodzi najwięcej pytań dotyczących warunków studiowania na UW).
Chciałbym, żeby młodzież z tych krajów do nas przyjeżdżała lecz nie na masową skalę. Jeśli
miałbym w tym kontekście zdefiniować pozycję naszego Uniwersytetu w bliskiej przyszłości,
to bardziej by mi zależało na tym, żeby młodzi ludzie z Warszawy oraz jej bliższych i
dalszych okolic nie wyjeżdżali - ani do innych miast w Polsce, ani do zagranicznych
ośrodków, w celu zdobycia wyższego wykształcenia; żeby po prostu nie było po temu
żadnych powodów. Pytanie, jak ten stan osiągnąć? Tylko jakością dydaktyki. Na pewno
mamy możliwości, by w wielu dziedzinach prowadzić studia na najwyższym poziomie, choć
jest w nas jakiś element inercji, pewna majestatyczność i powolność, połączona ze
specyficzną bezbronnością kolosa, który nie potrafi się elastycznie dopasowywać do
warunków zewnętrznych, nie potrafi się skutecznie promować, nie potrafi się "dobrze
sprzedać". Zapewne jest to kwestia humboldtowskich zasad przyzwoitego, starego
uniwersytetu, uczelni z etosem.
Tej formuły byłbym skłonny bronić, bo uważam ją za
ogromną, samoistną wartość. Jestem jak najdalszy myślenia o szkolnictwie wyższym jako o
przedsięwzięciu typu biznesowego. Myślę, że Uniwersytet Warszawski w ogóle nie powinien
być postrzegany w tych kategoriach. Tak więc - wracając do głównego wątku - bardzo by mi
zależało na tym, żeby najzdolniejsi młodzi Polacy, nie tylko z Warszawy i Mazowsza, ale
także z Krakowa, Poznania i Wrocławia (celowo wymieniam najlepsze uniwersyteckie
ośrodki) podejmowali decyzję, że będą studiować w Warszawie, na naszym Uniwersytecie.
Jeśli ci ludzie z przyczyn językowych i merytorycznych postanowią studiować zagranicą,
będziemy mieć problem - zarówno prestiżowy, jak i realny, nawet jeśli zwolnione w ten
sposób miejsca wypełnimy chętnymi z krajów Trzeciego Świata. Pomijam w tym kontekście
Ukraińców, Białorusinów i dalszych wschodnich sąsiadów, bo to oddzielny temat. Musimy ich
kształcić, zapraszać do współpracy; musimy im pomagać w miarę naszych możliwości, i to robimy...
Jednak oni bardzo często zostają na miejscu...
Rzeczywiście. Trzeba jednak tworzyć takie systemy stypendialne, żeby ich pozostawanie na
stałe w Polsce i na Zachodzie nie było masowe; kandydatów można do tego - mniej lub
bardziej formalnie - zniechęcać. Jest bowiem jasne, że celem naszej działalności na tym
obszarze nie jest i nie powinno być pozyskanie nowych obywateli z Białorusi lub Ukrainy,
lecz powrót tych ludzi - już z nami zaprzyjaźnionych i będących potencjalnymi
ambasadorami polskiej kultury i nauki - do Mińska, Grodna, Kijowa, Lwowa. To samo
dotyczy Kaukazu, który jest nowym pomysłem, bardzo bliskim memu sercu, jeśli chodzi o
kierunek współpracy. Działalność Jana Malickiego i jego Studium Europy Wschodniej jest
przykładem dobrze prowadzonej polityki edukacyjnej, dzięki której jesteśmy obecni i coraz
bardziej pozytywnie postrzegani na Wschodzie. Wizyta, jaką w ubiegłym roku złożyliśmy w
Gruzji, Armenii i Azerbejdżanie pokazała, jak cennych partnerów możemy tam znaleźć.
Głęboko zakorzeniona kultura, różnorodność wyznaniowa, ogromny potencjał intelektualny,
poważne aspiracje akademickie, a przy tym powszechnie deklarowany ciepły stosunek do
naszego kraju i gotowość do nawiązania bardzo ścisłych kontaktów. Można więc traktować
ten region jako znakomity teren badań etnograficznych, językoznawczych i historycznych,
ale chyba też należałoby szukać możliwości współpracy w badaniach podstawowych...
...ale głównie dotyczy to nauk humanistycznych, kulturoznawczych czy społecznych...
To prawda. W naukach ścisłych współpraca jest chyba z natury rzeczy bardziej konkretna.
Tu rektorska inicjatywa i ewentualna koordynacja wydaje się całkiem zbyteczna. Fizycy czy
chemicy dobrze wiedzą, gdzie i czym się zajmują takie czy inne laboratoria i grupy badawcze
oraz z kim warto współpracować używając do tego środków z grantów polskich i
międzynarodowych. Decyzje podejmowane przez konkretnych uczonych - kierowników
poszczególnych tematów i współwykonawców - kształtują i będą kształtować współpracę w
tych dziedzinach.
Czyli, Pana zdaniem, powinniśmy skoncentrować się na Europie i tzw. Wschodzie,
jako potencjalnych partnerach w ramach naszej współpracy naukowej?
Mam wrażenie, że jednocząca się Europa nie daje nam innego wyboru, czy też raczej -
czyni ten wybór oczywistym. To jest przecież zasadnicza kwestia finansowania badań ze
środków unijnych. Różne projekty europejskie będą miały większe szanse, gdy będą
zgłaszane w ramach trójkątów, pięciokątów badawczych, głównie międzynarodowych. Tu
pojawia się pytanie, jak jesteśmy w Europie postrzegani, bo to określa możliwości
współpracy. Doraźnie trudno coś w tym względzie zmienić - na renomę pracuje się latami.
Myślę jednak, że nie ma powodów do pesymizmu. Nawet jeśli zdarzy się, że jakiś
uniwersytet angielski, z tych najlepszych, podziękuje nam i poszuka sobie bardziej
prestiżowego towarzystwa, to generalnie nie powinniśmy mieć problemów z pozyskiwaniem
atrakcyjnych partnerów. Poza tym nie można zapominać, że proces europejskiej integracji
stworzył bardzo dobry klimat dla współpracy międzynarodowej. Cały Stary Kontynent jest już
przecież opleciony sieciami, tworzonymi przez grupy wyższych uczelni. Wszędzie też można
spotkać ludzi nauki, którzy traktują politykę zarządzania uniwersytetami i instytucjami
naukowymi oraz organizację współpracy pomiędzy nimi jako swoje podstawowe zajęcie. Nie
krytykuję tego, stwierdzam tylko fakt, choć niekiedy można odnieść wrażenie, że forma
przerosła treść. Mamy bowiem kolejne "sieci" - uniwersytetów stołecznych,
środkowoeuropejskich, najstarszych, karpackich, są stowarzyszenia uniwersytetów regionu
Morza Śródziemnego i Bałtyku, jest Europeum i Grupa Santander. Wymieniam tylko część, a
przecież powstaje właśnie sieć uniwersytetów wschodnich, animowana przez byłego rektora
UMCS, prof. Mariana Harasimiuka.
Oczywiście nie sposób być aktywnym na tych wszystkich forach. Uważam, że naszym naturalnym środowiskiem jest UNICA,
czyli grupa uczelni
funkcjonujących w stolicach państw (co, jak się okazuje, wytwarza niemało podobieństw i
ułatwia współpracę). Musimy też być członkiem European University Association, bo to jest
jedyna organizacja, która w zamierzeniu łączy i reprezentuje wszystkie uniwersytety
europejskie. Jest to instytucja, której kierownictwo ma pewne ambicje polityczne - chce
wpływać na rzeczywistość Brukseli i Strasburga, ale przede wszystkim jest to organizacja
skupiająca absolutną większość europejskich uczelni i bardzo trudno byłoby nam nie być
jedną z nich...
Takie sieci mogą spowodować w przyszłości powstanie konsorcjów uniwersyteckich,
które posiadałyby wspólne programy, wspólne dyplomy? Czy coś takiego "grozi"
nam, czy też dalej będziemy się rozwijać samotnie, współpracując tylko z tymi
partnerami, których sobie wybierzemy?
A cóż to za samotność, jeśli będziemy "współpracować z partnerami"? Co do integracji, to
myślę, że jest ona bardziej prawdopodobna i łatwiejsza na poziomie wydziałów i innych
jednostek prowadzących studia, niż całych uniwersytetów. Mogę sobie łatwo wyobrazić
wspólne dyplomy wydawane nawet przez trzy, cztery wydziały. Wszystko zależy od
dyscypliny naukowej i porównywalności programów nauczania; w przypadku prawa będzie to
oczywiście trudniejsze, niż w przypadku na przykład psychologii, o matematyce, fizyce i
chemii już nie wspominając. Wspólne przedsięwzięcia należy rzecz jasna podejmować, choć
mogą pojawić się kłopoty organizacyjne i finansowe. Budowa takich europejskich konsorcjów
dydaktycznych z pewnością powinna się rozpoczynać na poziomie wydziałów i kierunków
studiów. Zwiększy to szanse na uzyskanie finansowania zewnętrznego, uatrakcyjni studia,
zapewne ułatwi też karierę zawodową absolwentom. Pojawia się jednak pytanie, czy wartość
takich wspólnych dyplomów na rynku pracy będzie rzeczywiście wyższa, niż dyplomów
tradycyjnych (te ostatnie już dziś - przypomnijmy - są nawzajem uznawane w ramach Unii
Europejskiej). Odpowiedzi na razie nie znamy. Być może model obecny, wedle którego
student jest absolwentem jednego uniwersytetu, ale ma za sobą kilka pobytów na
uniwersytetach zagranicznych (pobytów - podkreślmy - z założenia perfekcyjnie
wkomponowanych w zasadniczy tok studiów), okaże się lepszy?
Tutaj dwa słowa na ten
temat, z warszawskiej perspektywy. Dzięki funduszom unijnym wzrosła niepomiernie
mobilność naszych studentów. W grę już wchodzą poważne kwoty: w ciągu ostatnich lat
(dokładnie od roku akademickiego 1998/99) pozyskaliśmy na ten cel w sumie prawie 6
milionów euro. Dziś, dzięki programowi Socrates-Erasmus, mamy możliwość wysyłania za
granicę - na semestralne lub roczne pobyty - około tysiąca studentów rocznie, a
jednocześnie gościmy, na analogicznych zasadach, kilkuset studentów zagranicznych. To
jest kolosalna zmiana i wielki sukces. Konsekwencje są być może jeszcze mało odczuwalne,
ale to się wkrótce zmieni. Na naszych wydziałach funkcjonują teraz ludzie, którzy już spędzili
trochę czasu na innych uniwersytetach, i mają z tym związane różnorodne doświadczenia.
Oni konfrontują te doświadczenia z naszą rzeczywistością i bardzo często to porównanie
wypada dla nas pozytywnie, proszę o tym pamiętać.
Bardzo często bowiem okazuje się, że nasz poczciwy Uniwersytet, jeszcze jakoś osadzony w tradycji humboldtowskiej
(z upodobaniem powtarzam to określenie), to jest właśnie ten prawdziwy uniwersytet, a tam
gdzieś w Europie spotkać można często szkoły wyższe, które właśnie raczej szkoły
przypominają, nawet jeśli leżą w bardzo atrakcyjnych miejscach i noszą dobrze brzmiące
nazwy. Mobilność studentów to novum, a zarazem wyzwanie dla nas wszystkich, bo przecież
przyjmujemy coraz więcej studentów zagranicznych, od których też niejednego możemy się
nauczyć; przyjmujemy znacznie mniej studentów, niż wysyłamy, ale jednak przyjmujemy...
...najwięcej w Polsce...
W tym roku akademickim około 350. Korzyści płynące z tej obustronnej mobilności wydają
się trudne do przecenienia. Problemy pojawiają się wtedy, kiedy trzeba - wracam do
naszych studentów - zaliczyć im pobyt zagraniczny. Otóż jest nie do przyjęcia - ze względu
na samą istotę procesu bolońskiego - aby pobyt zagraniczny w istocie oznaczał wydłużenie
studiów. Tymczasem w naszych realiach tak się często dzieje, bo pojawiają się wątpliwości
co do wartości i sposobu zaliczania zajęć odbytych za granicą oraz konieczność wyrównania
różnic programowych, ze względu na konieczność przestrzegania naszych standardów. Nie
chcę tego tematu rozwijać, ale z całą pewnością musimy uczynić wszystko, by zagraniczny
epizod edukacyjny był precyzyjnie wkomponowany w ciąg studiów krajowych i żeby studenci,
którzy taką ścieżkę wybiorą (a to przecież najlepsi studenci), nie mieli po powrocie trudności
organizacyjno-programowych. Słyszałem o takich kłopotach na moim macierzystym
wydziale, lecz podobne sygnały napływają też z innych jednostek. Trzeba więc precyzyjniej
planować te studenckie pobyty oraz wykazywać niezbędną elastyczność, gdy przychodzi do
ich zaliczania. A propos realizacji bolońskich zaleceń, niech Pan zwróci uwagę, że aktualnie
mamy zupełnie przyziemne trudności z wydawaniem obcojęzycznego suplementu do
dyplomu. Przetłumaczenie i opisanie w sposób systematyczny, spójny i porównywalny całej
różnorodności przebiegu studiów na poszczególnych kierunkach w polskich uczelniach
sprawia kłopoty terminologiczne i organizacyjne.
Panie Rektorze, to akurat jedna ze słabych stron wizerunku Uniwersytetu. Czy może
Pan powiedzieć jakie są mocne, a jakie są inne słabe strony naszej Uczelni?
Drogi Panie Arturze, mimo naszej wzajemnej sympatii, w sprawie "kształtowania wizerunku",
jak Pan wie, należymy do różnych światów. Pan z racji pełnionej funkcji musi wierzyć, i
jestem przekonany o autentyczności tej wiary, w siłę reklamy, w znaczenie nowoczesnej
promocji, profesjonalnego budowania wizerunku, itd. Jako przedstawiciel tradycyjnej
dyscypliny i człowiek od Pana znacznie starszy, mam na ten temat pogląd mniej
nowoczesny, a nawet nieco zachowawczy, który chętnie tutaj przedstawię. Po pierwsze nie
chciałbym, żeby na Uniwersytecie studiowali ci, którzy o jego istnieniu dowiedzieli się z
ulotki, bądź z ogłoszenia prasowego. Takich, jeśli istnieją, w ogóle bym sobie tutaj nie życzył.
Nie chciałbym też, żeby Uniwersytet uczestniczył w wyścigu o kandydata na studia dokładnie
w taki sam sposób, jak robią to prywatne uczelnie. Nie chcę więc czytać ogólnych ogłoszeń o
możliwości studiowania na Uniwersytecie Warszawskim na łamach prasy codziennej, albo
gdzieś na szesnastej stronie jakiejś broszurki o wyższych uczelniach Warszawy lub Polski.
Za stratę czasu i pieniędzy uważam też dużą część różnorodnych "targów edukacyjnych", na
których wykupuje się stoisko i "prezentuje" wszelkiego rodzaju "banery", "foldery" i mnóstwo
innych kawałków zadrukowanego papieru. Uczestnicząc w tego rodzaju zabawach dajemy
świadectwo, że specjalistom od reklamy udało się zrobić wodę także z naszych mózgów. Nie
oznacza to, oczywiście, że kontestuję wszelką działalność promocyjną, zwłaszcza jeśli jest
ona adresowana do zagranicznego odbiorcy. Jej najważniejszym składnikiem musi być
jednak informacja - rzetelna i aktualna oraz łatwo dostępna. W tym kontekście zasadnicze
znaczenie ma więc to, co "powiesimy" na naszych stronach internetowych oraz kiedy
następnie zatroszczymy się o aktualizację dostępnych tam danych; czy nasze biura
odpowiedzą na wszystkie listy i pytania, jak szybko to zrobią i w jakiej formie. A poza tym,
chyba co do tego zgodzimy się bez trudu, nasza najważniejsza działalność promocyjna
powinna polegać na tym, że będziemy przyzwoicie pracować, solidnie i w atrakcyjny sposób
uczyć studentów, nie spóźniać się na zajęcia i ich nie odwoływać...
Z tym jest problem...
Otóż to. Nie chcę oceniać podobnych sytuacji (ocena może być zresztą tylko jedna), bo to
zjawisko w gruncie rzeczy pozostaje poza sferą mojej bieżącej działalności. Proszę pamiętać
o tym, że rzeczywistość Pałacu Kazimierzowskiego różni się od rzeczywistości wydziału lub
instytutu, że występuje tu pewien element alienacji. Nie znaczy to, że nie docierają do mnie
informacje, często niepokojące, na temat erozji uniwersyteckich standardów, ale w moim
przypadku są to informacje "z drugiej ręki". Wszelako problem oceny jakości naszego
procesu dydaktycznego oraz efektów tego procesu to kwestia o zasadniczym znaczeniu,
fundamentalna również dla kształtowania wizerunku, a więc dla promocji. Ani sukcesy
konkretnych naukowców, którymi możemy się pochwalić, ani nawet laury, jakie od kilku już
lat zdobywają na przykład nasi studenci informatyki, nie wystarczą do zbudowania prestiżu
całego Uniwersytetu i przyciągnięcia najlepszych kandydatów.
Pozycja uczelni jest
wypadkową całej masy spraw - wielkich i małych; należy do nich nie tylko jakość dydaktyki i
perspektywy zawodowe absolwentów, ale także obsługa studentów w dziekanacie, w
sekretariatach, w naszych biurach. Sposób zarządzania uczelnią też jest częścią tego
wizerunku. Tu także będą następować zmiany, choć w naszym przypadku będą to raczej
zmiany powolne; będzie postępować proces profesjonalizacji i stopniowe oddzielenie sfery
akademickiej od managementu. Być może w przyszłości także naszym Uniwersytetem na
bieżąco będzie kierować specjalnie do tej roli przygotowany kanclerz, a Rektor będzie tylko
rozważać kwestie strategiczne, związane z misją uczelni, a w wolnych chwilach będzie
przyjmować do pracy najwybitniejszych noblistów. Wracając jednak na ziemię, myślę, że
młody człowiek i jego rodzina, stający przed wyborem, powiedzmy - Szkoła Wyższa
Psychologii Społecznej, Szkoła im. Leona Koźmińskiego, czy Uniwersytet Warszawski, będą
rozpatrywać te alternatywne możliwości w kategoriach jakości usługi edukacyjnej oraz
wezmą pod uwagę i skalkulują koszta, jakie trzeba będzie ponieść - w kontekście życiowych
perspektyw.
Wróćmy do programu Socrates-Erasmus. Ten program okazał się dla nas sukcesem,
choć zdaniem uczelni zagranicznych relacje między wyjeżdżającymi Polakami a
przyjeżdżającymi studentami z zagranicy są niekorzystne dla tych ostatnich. Może
należy zmienić system umów partnerskich, tak by dotyczyły całego Uniwersytetu a nie
tylko jednostek?
Tego nie możemy zmienić, bo takie są zasady programu. Co się zaś tyczy struktury umów,
jednostki mają tu pełną swobodę, a prorektor nie może zlecać żadnych działań...
Nie o to mi chodziło, ale takie głosy pojawiały się w rozmowach z pracownikami i ze
studentami części jednostek. Chodziło o podpisywanie umów centralnych, tworzenie
bazy wolnych miejsc w ramach programu, z której korzystaliby wszyscy studenci...
Ależ tak jest obecnie. Studenci różnych wydziałów powinni korzystać z wolnych miejsc, gdy
tylko takowe pojawią się w ramach istniejącego systemu. Jeśli tak się nie dzieje, to jest to
tylko kwestia niesprawnej organizacji - zbyt wolnego przepływu informacji, a może także
braku jednoznacznych decyzji ze strony zainteresowanych studentów. To także trzeba wziąć
pod uwagę, zanim zaczniemy krytykować administrację. Biuro Współpracy z Zagranicą, które
zajmuje się tym programem, jest biurem znakomitym, o czym świadczy fakt, że jego
pracownicy lubią sobie dokładać pracy, zamiast - co jest niezmienną cechą urzędniczej
profesji - precyzyjnie określać i w żadnym przypadku nie wykraczać poza zakres swoich
kompetencji i odpowiedzialności. Jestem więc wyjątkowo spokojny o los tego programu.
Natomiast wracając do podpisywania umów - obserwujemy nadmierną skłonność niektórych
jednostek Uniwersytetu do zawierania umów, z których studenci mogą skorzystać w danym
momencie, ze względu na jakąś personalną czy merytoryczną koniunkturę; jednak wkrótce
potem taka umowa przestaje być realizowana, ale jednostka jej nie kasuje - blokując w ten
sposób miejsce w ogólnej puli.
Co do przyjazdów studenckich w ramach Erasmusa i ich
nieadekwatnej liczby, to sytuacja jest bardzo zróżnicowana. W Niemczech na przykład
istnieje zjawisko niewielkiej skłonności tamtejszych studentów do wyjazdów, bo oni - jak mi
to kiedyś obszernie wyjaśniał były rektor berlińskiego Freie Universität, Peter Gethkens, wolą
być na miejscu i "pilnować swoich interesów". Przełamanie tych oporów to jedno, a wybór
ośrodka docelowego, to drugie. Ja sam - będąc na miejscu owego niemieckiego studenta -
wolałbym chyba pojechać do Francji, do Włoch, albo do Hiszpanii, a dopiero na czwartym
miejscu wybrałbym Polskę. Statystyki Erasmusa zresztą to potwierdzają.
Atrakcyjność pewnych miejsc i krajów jest faktem i tej hierarchii nie zmienimy żadnymi, nawet najbardziej
wyrafinowanymi zabiegami promocyjnymi. Polska staje się obiektem poważnego
zainteresowania albo z uwagi na proces wychodzenia z komunizmu i społeczno-
gospodarczą transformację, albo z powodu unikalnej kultury, rozwijającej się na pograniczu
Wschodu i Zachodu; poważnym czynnikiem bywają też względy rodzinne i sentymenty
osobiste. Musimy oczywiście dokładać wszelkich starań, żeby nasi goście wyjeżdżali stąd z
korzystnym wizerunkiem Polski, ale zwracam Pana uwagę, że Polska wielu zagranicznym
gościom od lat wydaje się bardzo sympatyczna i bardzo atrakcyjna; znacznie bardziej niż
nam, tutaj mieszkającym. Dużej liczbie cudzoziemców Polska się po prostu podoba, wielu
jest zafascynowanych naszym krajem, polską mentalnością, sposobem spędzania czasu,
żywiołowością, otwartością. Żadna w tym nasza zasługa, ale wielka szansa.
Przyjeżdżającym studentom Uniwersytet musi tylko, powtórzmy, zapewnić maksymalnie
sprawną obsługę - żeby było wiadomo, co i u kogo ci studenci będą studiować oraz ile, i za
co, otrzymają punktów kredytowych, słowem, żeby cały tok studiów został zaplanowany i
precyzyjnie opisany; no i żeby goście zawczasu wiedzieli, gdzie zamieszkają i ile to będzie
kosztować. A poza tym... jeszcze długo będzie tak, że to Polacy będą liczniej wyjeżdżać, i dobrze.
Podsumowując naszą rozmowę: czy Uniwersytet może stać się wiodącym
uczestnikiem rynku edukacyjnego? Proszę mi powiedzieć szczerze, jako Prorektor ds.
badań naukowych i współpracy z zagranicą...
Najpierw muszę Panu wytknąć używanie słowa "wiodący", który jest ponoć rusycyzmem...
Zdobywszy jednak tę chwilową przewagę muszę przejść na pozycje defensywne. Bo co to w
gruncie rzeczy znaczy? Takim pierwszoligowym, pierwszoplanowym ośrodkiem
edukacyjnym, tak?
Uniwersytetem, który zajmuje miejsce w pierwszej dziesiątce uczelni europejskich, o
światowych już nie wspominam...
Podczas ostatniego zjazdu rektorów w Hamburgu, jeden z angielskich uczestników
wypowiadając się na temat postrzegania przez poszczególne uczelnie swego miejsca w
całym systemie edukacyjnym kraju zażartował, że w Zjednoczonym Królestwie - "tylko
dwadzieścia uniwersytetów mieści się w pierwszej dziesiątce". Ale poważnie, myślę, że na
zdobycie takiego miejsca nie mamy dużych szans, ponieważ nasz język jest językiem, który
zna tylko jakieś 50-60 milionów ludzi na całym świecie. Relatywnie mało, a to przede
wszystkim w języku polskim może wyrażać się nasza intelektualna i dydaktyczna
atrakcyjność. Uczymy się wszyscy angielskiego, ale przecież bariera językowa jest w gruncie
rzeczy nie do pokonania; pozycja i możliwości "native speakera" będą zawsze inne niż tego,
który języka obcego uczył się na niezliczonych kursach i poprzez lektury. Można tą drogą
osiągnąć sprawność przekazywania informacji i współpracy naukowej w konkretnej
dyscyplinie, ale nie sposób dojść do perfekcji niezbędnej, by prowadzić debatę na tematy
podstawowe dla kultury i edukacji. W tym zakresie mamy wiele wartościowych dokonań,
choćby bardzo dobrą polonistykę, ale w tym przypadku to partnerzy muszą poznać nasz
język. Inna jest sytuacja historiografii - ta bywa zarazem lokalna i międzynarodowa, bo dla
badań, które są prowadzone w Europie, często niezbędny jest taki punkt odniesienia, jakim
jest właśnie nasz region. Polska historiografia nieźle sobie radzi na tym polu. Prace
tutejszych historyków są na Zachodzie czytane; są też tacy, którzy uczą się polskiego, bo
swoich zainteresowań nie mogą zaspokoić lekturą polskich publikacji w językach zwanych "kongresowymi".
W pracach na temat historii Europy już nie wypada pomijać naszego
regionu, co uznać należy za niemały sukces moich starszych kolegów, którzy w latach 60. i
70. wiele zrobili dla umiędzynarodowienia polskiej historiografii, czy szerzej: polskiej
humanistyki. Nie zmienia to jednak faktu, że trudno liczyć na szeroki rezonans pewnej
kategorii rozpraw i studiów etnograficznych, polonistycznych, czy też historycznych. Z drugiej
strony zawsze możemy być postrzegani jako laboratorium pewnego typu badań społecznych
i humanistycznych. Używam celowo słowa "laboratorium", żeby wspomnieć prof. Jerzego
Axera i jego wielkie talenty, dzięki którym potrafił uczynić z humanistyki narzędzie
porozumienia, sposób wyrażania wspólnoty, formułę jednoczącą kraje naszego regionu.
Mam tu na myśli znakomity pomysł, by praktycznie przetestować rolę łaciny jako rdzenia
kulturowego, wokół którego budować można zarówno wspólnotę edukacyjną, jak też
konstrukcje o charakterze politycznym (łącznie z oddziaływaniem intelektualnym i
dydaktycznym na kraje sąsiednie, na Ukrainę czy Białoruś).
Zabieg udał się znakomicie, zyskał sponsorów, szerokie poparcie, no i sławę. W tym samym czasie uruchomione też
zostały międzywydziałowe studia w zakresie nauk ścisłych i przyrodniczych. Dziś już
możemy - i chętnie to robimy - chwalić się funkcjonowaniem w obrębie Uniwersytetu
oryginalnych jednostek dydaktycznych i badawczych w postaci Międzywydziałowych
Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Ośrodka Badań nad Tradycją Antyczną, a także
Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Matematyczno-Przyrodniczych oraz
Międzywydziałowych Studiów Ochrony Środowiska. To oczywiście nie jest panaceum na
wszelkie bolączki dydaktyczne. Nie można przecież uczynić z Uniwersytetu jednego
wielkiego MISH-u, ani też MISMaP-u, jako że eliminując elitarny charakter tych jednostek
doprowadzilibyśmy do ich unicestwienia.
Nasze miejsce, a zarazem szanse widzę więc w pierwszej lidze krajowej i wśród czołowych
uczelni regionu środkowoeuropejskiego. Myślę, że powinniśmy być przede wszystkim
polskim uniwersytetem stołecznym, przestrzegającym standardów europejskich, czyli
ważnym, może nawet najważniejszym uniwersytetem w skali kraju, godnym reprezentantem
całego krajowego szkolnictwa wyższego, a zarazem tegoż szkolnictwa wizytówką.
Powinniśmy, wraz z kilkoma najlepszymi partnerami - Uniwersytetem Adama Mickiewicza,
Jagiellońskim, Wrocławskim i jeszcze kilkoma, tworzyć polską pierwszą ligę, która byłaby
bardzo atrakcyjna dla najbliższych sąsiadów (ci, ze względu na współpracę, będą gotowi
pokonać barierę językową), a zarazem stałaby się swego rodzaju punktem odniesienia dla
potentatów - nie tylko europejskich. Tak bym widział miejsce Uniwersytetu Warszawskiego;
pierwsza liga światowa nie wchodzi na razie w grę, i to nie dlatego - powiem nieskromnie -
że nie jesteśmy w stanie sprostać intelektualnie kolegom z Oxfordu i z Cambridge, tylko
dlatego, że oni już prawie od ośmiu stuleci "strzygą ten trawnik"; no i nie muszą "tracić"
czasu na naukę języka obcego.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
|