Uniwersytet Warszawski
STRONA GŁÓWNA ZAMÓWIENIA PUBLICZNE POCZTA WYCIECZKA MAPA SPIS PRACOWNIKÓW ENGLISH VERSION SZUKAJ
REKRUTACJA O UNIWERSYTECIE OSIĄGNIĘCIA WYDARZENIA OGŁOSZENIA DLA KANDYDATÓW DLA STUDENTÓW DLA ABSOLWENTÓW STUDIA PODYPLOMOWE STUDIA DOKTORANCKIE DLA PRACOWNIKÓW PRACA NA UW DLA PRASY
jakosc UNICA
UNIWERSYTET OTWARTY BIBLIOTEKA UNIWERSYTECKA KULTURA.UW RADIO KAMPUS AKADEMICKA TELEWIZJA NAUKOWA (ATVN) WYDAWNICTWA UW KSIĘGARNIA LIBER UNIWERSYTECKI OŚRODEK TRANSFERU TECHNOLOGII CENTRUM SPORTU I REKREACJI UW INTERNET PUBLIKACJE PISMO UCZELNI
[Drukuj]

Wehikuł czasu


Anna Korzekwa, Robert Gawkowski


12 sierpnia 1872 r.


Zdjęcie zamieszczone poniżej pochodzi z 1872 roku. Wówczas to, latanie balonem wciąż budziło sensację, mimo że od pierwszego historycznego wznoszenia się w powietrzu braci Montgolfier minął już prawie wiek. W Warszawie sztukę latania balonem także już widziano, a być może najstarsi warszawiacy, jak mało kto, zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa takich podróży. Oto bowiem jeszcze w czasach Księstwa Warszawskiego w 1808 areonaucie o nazwisku Jordaki Kurapento, podczas pokazowego lotu nad Warszawą, zapaliła się powłoka balonu. Dzielny pilot miał ze sobą spadochron i nie czekając na wybuch jego powietrznej łodzi, wyskoczył. Przeżył i do historii przeszedł jako ten, który pierwszy wykorzystał spadochron w celach ratunkowych. Według leksykonu Patricka Robertsona był to jedyny taki wypadek w XIX wieku.

Start balonu w 1872 sprzed Pałacu Kazimierzowskiego musiał być również wyjątkowym wydarzeniem. Przegląd tygodniowy pisał: "Nieprzeliczone tłumy zalegały w zeszłą niedzielę Krakowskie Przedmieście i ulice mu przyległe wyczekując cierpliwie na bruku, wyruszenia olbrzymiego balonu "Jules Favres". "Pękaty staruszek, 87 stóp wysoki, o 78-u łokciach obwodu w pasie" wyruszył jednak dopiero dzień później, 12 sierpnia o godzinie 11.01. Przyczyną tego opóźnienia był brak dostatecznej ilości gazu do wypełnienia balonu, a winę za to prasa od razu przypisała niemieckiej fabryce. Uczestników lotu było czterech: trzech warszawiaków, przedstawicieli prasy i francuski kapitan Bunelle, którego doświadczenie dawało silną rękojmię uniknięcia jakiegoś nieszczęśliwego wypadku.

Współpracownik Kuriera Warszawskiego tak opisywał swoje pierwsze wrażenia: (...) wołam przez tubę "do widzenia" słyszę zamiast odpowiedzi, jakiś szmer, wszystko maleje i stopniowo znika; zdawało mi się jednak ciągle, że to publiczność wraz z byłym pałacem Kazimierowskim odjeżdża od nas w głąb ziemi i doprawdy bałem się o jej los (...). Przez ponad trzy godziny balon pokonał około 150 km, a podróż przebiegała zupełnie spokojnie. "Posuwaliśmy się wolno ciągle ku północnemu-wschodowi, ale w zygzaki" - opisywał Kurier Warszawski. Panowie spełniali toasty i robili notatki. "Chcąc się w przybliżony sposób przekonać czy idziemy do góry lub spadamy, kapitan Bunelle wyrzucał co chwila lekkie kawałki papieru. Jeśli te spadały, było to znakiem, że się wznosimy, w razie zaś naszego opuszczania papierki szły w górę" - notował współpracownik Kuriera. Najwyższa wysokość na jaką balon się wzbił wynosiła ponad 2500 metrów. Chwilę po 14 balon zaczął opadać, a ponieważ w koszu zostały już tylko cztery worki balastu, stało się jasne, że o dalszej podróży nie może być mowy.

Pierwsze uderzenie łódki balonu o ziemię nastąpiło o 14.30. Lądowanie nie było miękkie. Kurier Warszawski pisał: "poczuliśmy uderzenie tak silne, że wszystkie narzędzia i wiktuały wyleciały z łódki (...) Wskutek odbicia się o ziemię, balon szarpnął natychmiast łódkę i wzbił się na kilka sążni w górę. W tej chwili jednak łódka przewrócona do góry dnem i bokiem wlekła nas po łące między płotami. Za każdym razem Francuz pytał się tylko czy nikt nie wyleciał, a zaledwie zdążyliśmy zaświadczyć odezwaniem się naszą obecność i przytomność już leżeliśmy na ziemi tłukąc się o siebie wzajemnie"

W kraju akurat tego dnia spodziewano się zetknięcia komety z ziemią. Wrażenie, jakie zrobili w maleńkiej wsi pod Łomżą nasi lądujący śmiałkowie, było więc dodatkowo spotęgowane: "Przestrach i rozpacz we wsiach sąsiednich osadzie Feliksów, w której ostatecznie się zatrzymaliśmy, był nie do opisania. Lud biegł do krzyżów i stacji i tam z płaczem się modlił. Kobiety mdlały i jęcząc biegały. W cztery godziny po spadnięciu, gdyśmy korzystając z gościnności komisarza leśnego przybyli do jego mieszkania, usługująca tam dziewczyna wiejska nie chciała przynieść nam wody do umycia, zawodząc ciągle od płaczu".

Do Warszawy do późnego wieczora nie dotarły zaś żadne wiadomości. Zawiódł i gołąb pocztowy, i telegraf. W mieście huczało od plotek. Reporter Kuriera Warszawskiego tak pisał dzień później: "dopytywano żarliwie o nowiny, a wkrótce znaleźli się tacy, którzy zaczęli je fabrykować. O 4-ej więc godzinie po południu rozeszła się wieść, że balon spadł w Wilnie, że jeden nawet z podróżników wypadł i potłukł się mocno. Z innego znowu źródła znowu donoszono, że widziano balon bardzo nizko przesuwający się ponad Suwałkami i że telegrafowano stamtąd o tem. Tymczasem panowie cali i zdrowi odpoczywali w Feliksowie po podróży.

Nasze sukcesy w baloniarstwie to nie tylko wyczyn czterech śmiałków startujących z Dziedzińca Uniwersyteckiego, uwiecznionych poniższym zdjęciem i nie tylko osiągnięcia legendarnego przedwojennego pilota Franciszka Hynka w pucharze Gordona Bennetta. To także ... lot na księżyc balonem kilku młodych polskich szlachciców mniej więcej w tym samym czasie co wyczyn braci Montgolfier! Niestety, lot ten odbył się tylko na papierze, a zrodzony został w fantazji księdza Michała Dymitra Krajewskiego. Wielebny opisał to w pierwszym polskim opowiadaniu fantastycznym wydanym w 1785 roku pt: "Wojciech Zdarzyński życie i przypadki swoje opisujący". Wyimaginowany lot zaczynał się i skończył w Warszawie, najprawdopodobniej w okolicach Pałacu Kazimierzowskiego, a za punkt orientacyjny miały służyć wierze kościoła św. Krzyża.

© Uniwersytet Warszawski, Krakowskie Przedmieście 26/28, 00-927 Warszawa, tel. (centrala) +48 22 552 00 00, NIP 525-001-12-66
Wszelkie prawa zastrzeżone. Webmaster  Rzecznik prasowy  Administrator