|
[Drukuj]
Gra doktoranta
Agata Raczkowska
8 grudnia ub. r. w publicznym radiu odtworzono fragment zajęć prowadzonych przez
mgr. Pawła Timofiejuka na kierunku europeistyka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk
Politycznych UW. Sposób ich prowadzenia, słownictwo oraz metody pracy ze
studentami odbiły się szerokim echem w mediach i wstrząsnęły środowiskiem
akademickim.
"Niech pani czyta głośniej, jakby panią gwałcili", "Co się tak panowie patrzą? Pisać!
Ja tu jestem elita, tak?!" To tylko niektóre ze zdań, jakie mgr P. Timofiejuk kierował do
swoich podopiecznych, studentów pierwszego roku, podczas zajęć z nauki o państwie i
prawie.
Z dyskusyjnym sposobem zwracania się do młodych adeptów europeistyki szły w
parze kontrowersyjne metody pracy na zajęciach. Studenci zapytani przez dziennikarzy,
pragnąc zachować anonimowość wypowiadali się na temat atmosfery panującej na
ćwiczeniach. Odręcznie przepisywali książki politologiczne, uczyli się wierszy młodego
doktoranta na pamięć, wreszcie zdarzało im się za karę... stać w kącie. Nikt z nich jednak nie
chciał się skarżyć na mgr. Timofiejuka, tłumacząc, że wszystko to miało formę żartu i
zabawy. Mimo wszystko nie każdemu jednak reguły tej "zabawy" w pełni odpowiadały, bo
czy łatwo pisać kolokwium, gdy prowadzący zajęcia skrzypi drzwiami, uderza książkami o
ławkę lub drapie pazurami po tablicy? Nie każdy też z pokorą przyjmuje fakt, że napisano mu
na ręce np. "idiota".
Bardziej szczere komentarze, a także stosunek studentów do Pawła Timofiejuka
można odnaleźć na stronie www.ocen.pl, gdzie studenci anonimowo wystawiają ocenę
swoim wykładowcom. Wśród określeń, jakie przypisano mgr. Pawłowi Timofiejukowi można
znaleźć m.in. takie jak "niewyżyty sadysta", jak również bardziej rozbudowane komentarze
np. "różnica między szaleńcem a geniuszem jest dość wąska...". Wśród nich są też takie,
które usprawiedliwiają wykładowcę: "Co się Pawełka czepiacie? Jest trochę dziwny, jak
każdy poeta".
Obecnie trudno jednoznacznie ustalić, czy kontrowersyjne zachowanie magistra było
traktowane przez studentów z przymrużeniem oka, czy też czują się zastraszeni i dlatego
oficjalnie nikt z nich nie chce się na ten temat wypowiadać ani skarżyć.
W audycji radiowej Mgr Paweł Timofiejuk nazwał swoje metody "nauką walki ze
stresem", podkreślając, że "element stresogenny pobudza młodych ludzi do pracy". Inaczej
określił je wypowiadający się w tej sprawie Zbigniew Nęcki, psycholog UJ twierdząc, że w
tym przypadku mamy do czynienia z tzw. treningiem psychologicznym, którego stosowanie w
szkole jest niedopuszczalne. Dyrektor Instytutu Nauk Politycznych, prof. Stanisław Sulowski
podkreślił podczas audycji radiowej, że tego typu metody są godne potępienia, a także
niezgodne z tradycją i obyczajami uniwersyteckimi.
Niestety władze uczelni nie dowiedziały się o skandalicznym zachowaniu doktoranta
od samych studentów, tylko właśnie z mediów: - Gdyby studenci złożyli oficjalną skargę,
bądź też zgłosili się o pomoc do samorządu uczelni lub prorektora ds. studenckich, zostałoby
wszczęte postępowanie wyjaśniające w tej sprawie - mówi Artur Lompart, rzecznik UW.
Niejednokrotnie takie postępowanie kończyło się odsunięciem od prowadzenia zajęć
wykładowców, na których skarżyli się studenci.
Władze uczelni zareagowały dzień po audycji radiowej. Prof. Stanisław Sulowski
udzielił doktorantowi ustnej nagany, zaś mgr P.Timofiejuk zwrócił się z prośbą o zwolnienie z
prowadzenia zajęć w przyszłym semestrze. Jako oficjalny powód podał konieczność
ukończenie pisania pracy doktorskiej. Do dziś brakuje oficjalnej skargi studentów na
zachowanie doktoranta.
"Przynależność do elity zobowiązuje"
rozmowa z prof. Małgorzatą Gersdorf,
prorektorem ds. nauczania i polityki kadrowej
Pani Rektor, nakazanie studentom nauki książek na pamięć, czy stanie w kącie, to są
metody, jakimi może posiłkować się młody doktorant?
Zdecydowanie nie. Zachowanie mgr. Timofiejuka w wielu aspektach godziło w dobra
osobiste i godność studentów. Dziś stawiania do kąta nie praktykuje się nawet w
przedszkolach. Na uniwersytecie jest to niedopuszczalne. Trudno mi uwierzyć, że dorośli
ludzie, studenci europeistyki pozwolili na takie praktyki. Mogli przecież zwrócić się choćby do
samorządu, który znany jest z tego, że potrafi walczyć o studenckie prawa, a jednak tego nie
zrobili. Myślę jednak, że może być prawdą, że studenci mgr. Timofiejuka przystali na tą
konwencję prowadzenia zajęć i odbierali to jako rodzaj swoistej zabawy. Jeśli jednak
zakładamy, że to jest żart i zabawa, wszyscy powinni o tym wiedzieć i brać w niej udział. Nie
do końca jednak tak było, skoro taśma z nagraniem zajęć trafiła do mediów...
A gdybyśmy spróbowali założyć, że studenci się nie skarżą, bo rzeczywiście brali
udział w "zabawie", to może nie warto do tej sprawy przywiązywać aż takiego
znaczenia?
Niezależnie od tego, czy wszystko odbywało się w konwencji "żartu", czy też nie, sprawa
jest poważna. Żyjemy w czasach, w których granica między tym, co uważane za normalne i
dopuszczalne znacznie się przesunęła. Mamy na co dzień do czynienia z mnóstwem
patologii w społeczeństwie. Musimy pamiętać o tym, że to jest uniwersytet i tutaj obowiązują
pewne normy zachowania. Mam na myśli przede wszystkim kulturę osobistą oraz
słownictwo, jakiego wykładowca powinien używać w stosunku do studentów. Słownictwo
używane przez mgr. Timofiejuka było niedopuszczalne i wykraczało poza wszelką normę.
Jeśli mgr Timofiejuk mówi, że należy do elity, to powinien wiedzieć, że to zobowiązuje.
Powinien być elitą intelektualną, etyczną, dobrego wychowania. Młodzież musi widzieć tutaj
właściwe postawy moralne, które powinny stać się dla niej wzorem.
Ale przecież niejeden naukowiec zasłynął ze swoich dziwactw, o których opowiadali
jego uczniowie jeszcze swoim wnukom. Być może zachowanie mgr. Timofiejuka było
traktowane, jako nieszkodliwy kaprys naukowca...
To możliwe, naukowcom przypisuje się takie cechy jak m.in. egoizm, egocentryzm,
ekscentryczne zachowania. Sama pamiętam profesora, który wyrzucał przez okno indeksy
studentów nieprzygotowanych do egzaminu. Wszyscy wypowiadali się na jego temat ze
strachem. Jednak czasy się zmieniły. Studenci dobrze znają swoje prawa. Dzisiejszego
uniwersytetu nie można porównać do klasztoru, gdzie kilku uczniów znosi "humory"
mędrców-nauczycieli. Uniwersytet jest nie tylko placówką naukową, lecz także masową
instytucją usługową, która musi odpowiadać na potrzeby tych, którzy w niej się uczą.
No proszę sobie na przykład wyobrazić, że przyjeżdża tutaj na studia dziewczynka z tzw.
dobrego domu i na pierwszym roku trafia na zajęcia do mgr. Timofiejuka. Proszę pomyśleć o
reakcji takiego dziecka. Podejrzewam, że przeżyłaby szok. Dlatego powtarzam jeszcze raz:
to jest uniwersytet i tutaj obowiązują pewne normy zachowania.
Musimy pamiętać o jednej ważnej rzeczy: cały czas obserwują nas media, które szczególnie
chętnie podchwytują przeróżne niekonwencjonalne zachowania wykładowców i interpretują
je tak jak chcą, na co nie mamy wpływu.
Dobrym przykładem może być tu zdarzenie, które miało miejsce na Wydziale Prawa, kilka lat
temu. Głównym bohaterem wielu medialnych relacji stał się znany profesor Wydziału, który
tuż przed rozpoczęciem zajęć ze studentami... wyszedł przez okno na parterze. Dziennikarzy
nie interesowało to, że w sali, która mieściła 50 osób, zgromadziło się 150 studentów, że
profesor nie mógł zaprowadzić porządku, aby rozpocząć zajęcia. W mediach podobne
sprawy są przedstawiane w jak najgorszym świetle, dlatego wszelkich niekonwencjonalnych
zachowań kadry naukowej powinno być tutaj jak najmniej.
Pani Rektor, przez kilka lat sprawowała Pani funkcję kierownika studiów
doktoranckich, obecnie podlegają Pani wszystkie studia doktoranckie. Czy
kiedykolwiek zaobserwowała Pani metody, jakimi posługują się młodzi doktoranci
wobec studentów?
Muszę przyznać, że od wielu lat obserwuję młodych doktorantów i asystentów i nigdy nie
spotkałam się z tak rażącym wykorzystywaniem swojej pozycji, jak w przypadku mgr.
Timofiejuka. Jednak udaje mi się czasami zaobserwować wyższość, z jaką magistrzy traktują
swoich młodszych kolegów - studentów. Bardzo mi się to nie podoba, bo w domu nauczono
mnie, że sztuką jest pokazać swoją siłę w stosunku do osób wyżej postawionych, a nie do
podległych. Ci ostatni nie mogą negatywnie zareagować na zachowanie zwierzchnika.
Tymczasem aktualnie można spotkać się z postawą nienagannego zachowania wobec kadry
profesorskiej, a nie do końca grzecznej postawy w stosunku do studentów. Są to sytuacje
jednostkowe, których nie można uogólniać, ale które z drugiej strony trzeba eliminować z
życia uniwersyteckiego. Młoda kadra powinna swój niepokój intelektualny kierować raczej w
stronę profesorów. Pokusić się o inne zdanie, nawet twarde postawienie swoich racji.
Jak zatem powinien wyglądać idealny doktorant?
Hmm... Doktoranci powinni być wzorem: zachowania, wiedzy, stroju, sposobu bycia, obejścia
ze słabszymi. Wiadomo, że niektórzy się bardziej nadają do pracy z młodzieżą, a inni mniej.
Myślę, że idealny wykładowca, nie tylko doktorant, po pierwsze musi kochać ludzi, bo nie
można być wykładowcą, jeśli się ich nie lubi, po drugie musi lubić uczyć, a po trzecie musi
być trochę aktorem. Przekazywanie suchym tonem, nawet fascynującej wiedzy sprawia, że
sala się nudzi i zasypia. Ale to wszystko zależy od wykładowcy, od jego spojrzenia na
zawód, na pracę i od jego potencjału energetycznego. Ważne jest, by taki "idealny
wykładowca nie "odbębniał" swojego, lecz w sposób barwny starał się zainteresować
przedmiotem. Niezwykle cenną umiejętnością jest pobudzenie studentów do aktywności.
Czy idąc tropem mgr. Timofiejuka, element stresogenny pobudza studentów do pracy
na zajęciach?
Abstrahując od tej sytuacji, oczywiste jest, że dla jednych stres działa twórczo, a na innych
nie. Są osoby, które przy stresie się kompletnie blokują, a inne, silniejsze psychicznie, ten
stres potrafią zwalczyć i jeszcze lepiej zdają egzamin. Ale na pewno ten stres nie może być
świadomie zakładany np. "jeszcze bardziej ich zestresuję, żeby ich sprawdzić", ponieważ
samo zdawanie kolokwiów, stawanie przed egzaminatorem, wygłaszanie referatu,
szczególnie po raz pierwszy, jest dla młodego człowieka bardzo trudne. Celowe tworzenie
stresogennych sytuacji jest niedopuszczalne.
Mgr Paweł Timofiejuk wycofał się z prowadzenia zajęć, czy będzie mógł w przyszłości
do nich wrócić?
Decyzja w tej sprawie jeszcze nie została podjęta. To był okres przedświąteczny, kiedy z
takimi decyzjami warto się wstrzymać i dać sobie trochę czasu na przemyślenie całej
sytuacji. Również dlatego, żeby zbyt pochopnie nie skrzywdzić młodego człowieka, na
początku jego kariery zawodowej. Niemniej jednak nauczyciel akademicki ma uczyć i moim
zdaniem nie ma tutaj miejsca, dla osób, które tego nie potrafią. Trudno mi więc na razie
powiedzieć w jaki sposób będziemy sankcjonować zachowanie pana Timofiejuka.
Myśli Pani, że na studiach doktoranckich to jedyny taki przypadek?
Najbardziej obawiam się właśnie, że to nie jest jedyny przypadek. Bo skoro taki się trafił, to
być może mniej ekstremalne, ale gdzieś podobne istnieją. Nie powinniśmy dowiadywać się o
tym z mediów. Dlatego cała ta sytuacja skłania mnie do refleksji nad organizacją studiów
doktoranckich. Kiedyś na zajęciach młodych doktorantów przeprowadzano wizytację, żeby
sprawdzić jak radzą sobie z ich prowadzeniem. Ze względu na masowość tych studiów, z
takich praktyk zrezygnowano. Być może warto do nich powrócić?
Ze swojej strony, będę zabiegała o wprowadzenie dla doktorantów obowiązkowych zajęć z
zakresu podstawowych zagadnień pedagogiki i psychologii. Nie możemy przecież wyłącznie
opierać się na suchej wiedzy, ale też musimy dbać o sposób, formę jej przekazania i o
właściwe relacje wykładowcy ze studentami. Tych ostatnich trzeba traktować szczególnie
delikatnie, w końcu to oni wystawiają ocenę uczelni wyższej.
Dziękuję za rozmowę.
|