|
[Drukuj]
Nasz Prezydent
o germanistyce, wyborach i Uniwersytecie
z prof. Franciszkiem Gruczą, Prezydentem
Światowego Stowarzyszenia Germanistów
romawia Artur Lompart
Panie Profesorze, na początku pragnę
pogratulować Panu wyboru na Prezydenta
Światowego Stowarzyszenia
Germanistów. Co zadecydowało o tym
sukcesie? Polacy nieczęsto zajmują
prestiżowe stanowiska w międzynarodowych
organizacjach...
Myślę - i nie jest to tylko moja opinia - że
polscy germaniści należą do czotówki nie tylko
europejskiej, ale i światowej. Trochę się
przyczyniłem do tego, że świat wie o nas, integrując
nasze środowisko, co zauważyli nie tylko
polscy koledzy-germaniści. Zaraz, jak tylko
stato się to możliwe, w 1990 roku, wyszedtem
z inicjatywą stworzenia Stowarzyszenia Germanistów
Polskich i od tamtego czasu jestem
jego prezesem. Uważałem, że zaczyna się nowy
okres w rozwoju nauki w Polsce i poszczególne
środowiska muszą się organizować
- na rzecz swoich interesów, ale także dla reprezentowania
swojego środowiska na zewnątrz.
Kiedy zaczęliśmy przemawiać jednym
gtosem, świat germanistyczny szybko zrozumiał,
że jesteśmy kimś, z kim trzeba się liczyć,
że zajmujemy w nim ważną pozycję. W czasie
zorganizowanego w 1996 roku na Uniwersytecie
Warszawskim I Kongresu Germanistyki
Środkowoeuropejskiej nagle okazato się, że
w tym regionie polska germanistyka jest przodująca.
Stato się to powodem do dumy moich
koleżanek i kolegów. I pewnego dnia otrzymaliśmy
ofertę, aby wysunąć kandydata na prezesa
Światowego Stowarzyszenia Germanistów.
Co nie jest bez znaczenia, propozycję tę
ztożyt nam poprzedni prezydent, Francuz
- profesor paryskiej Sorbony. Podczas tegorocznego
zjazdu naszego Stowarzyszenia,
który odbyt się w kwietniu na Uniwersytecie
Jagiellońskim, zainicjowałem debatę na ten temat.
Zależało mi na tym, aby ktoś młodszy wystartował
w tych wyborach. Nie udało się. Koledzy
uznali jednogłośnie, że albo ja zgodzę
się kandydować, albo w ogóle nie będzie polskiego
kandydata. Poddałem się, bo byłoby
rzeczą nie do wybaczenia, gdyby nikt z nas nie
kandydował, nie podjął tej szansy. Naszym
obowiązkiem jest przecież nie tylko "tworzyć"
w zaciszu gabinetów, lecz także upowszechniać
wiedzę o naszych dokonaniach - w tym
przypadku o naszej germanistyce, promować
jej osiągnięcia. Od tamtego dnia rozumiem Lecha
Wałęsę, co miał na myśli, gdy mówił, że
nie chcem, ale muszem. Bóg wie, czy lub kiedy
otrzymalibyśmy następną taką szansę.
Centrum światowej germanistyki mogło się
przenieść na przykład do Turcji, albo do Indii,
a nawet aż do Australii, a stamtąd Polska jawiłaby
się już tylko jako mały punkt na mapie.
Więc zgodziłem się kandydować, ale potem
denerwowałem się. Przecież nikt nie mógł mi
dać pewności, że wygram te wybory, bo są
one tajne... A w moim wieku nie przegrywa się
już chętnie. Ale udało się - nikt nie wystąpił
przeciw mojej kandydaturze z otwartą przyłbicą.
Okazuje się, że często stać nas na więcej,
niż sądzimy, że inni oceniają nas lepiej, niż my
sami siebie. Więc nie lękajmy się otwierać
na innych, stawać obok innych na różnych
scenach świata...
Ale czy jesteśmy gotowi na takie
otwarcie?
Martwi mnie czasem, że tak wielu naszych
wpływowych ludzi, często znacznie
młodszych ode mnie, zdaje się nie rozumieć,
że tworzenie wokół siebie okopów czy murów
jest czymś złym, że filozofia "spokojnych
enklaw" hamuje nie tylko rozwój naukowy
kraju. Podczas konferencji, którą kiedyś zorganizowałem
w Wiedniu na temat społeczeństw
wieloetnicznych, i tym samym wielokulturowych,
prof. Walter Leitsch, znakomity
uczony austriacki, zajmujący się od lat historią
Polski stwierdził między innymi, że "tak
długo jak Polska byta otwarta na inne kultury
i wchłaniała je, tak długo była potężna",
a upadać zaczęta w momencie, w którym
wśród naszych ówczesnych elit przeważać
zaczęło przekonanie, że trzeba bronić "swoich"
przed obcymi wpływami.
Dziś jest chyba inaczej...
Niestety, nie do końca inaczej. Tendencja
do separowania się jest u nas wciąż silna.
Jeśli zwycięży, przegramy. Tymczasem nie
ma żadnych powodów, by odgradzać się ja-
kimikolwiek murami od innych... Przeciwnie
- jesteśmy wystarczająco silni, by bez obaw
otwierać się na wszystkich i wszystko, by nie
bać się "obcych" tylko dlatego, że są "inni".
Jak pokazać innym nasze wartości, nasze
dokonania, nie podejmując z nimi dyskursu?
Jak przekonać ich, że też potrafimy, bojąc
się pokazać im, że potrafimy? Albo jeszcze
gorzej - mówiąc o "swoich" i "naszych" dokonaniach
permanentnie źle?
... podchodzi Pan do tego bardziej
jak Amerykanin niż Polak... nie słyszę
narzekania czy udawanej skromności...
Trzeba stawać do konkurencji. Trzeba być
świadomym nie tylko wtasnych osiągnięć,
lecz także swoich kolegów i koleżanek, swojego
uniwersytetu i śmiato przedstawiać je naszym
zagranicznym kolegom... Trzeba innych
"zawojować" przekonując ich do swoich racji.
Skończmy wreszcie z tą udawaną skromnością
i z tym fałszywym przekonaniem, że coś
wskóramy u innych, krytykując "swoich"
i "swoje". W ten sposób można tylko zaszkodzić
polskim sprawom, opinii o naszych osiągnięciach,
o naszych instytucjach naukowych.
Ja jestem dumny, że jestem profesorem
tego Uniwersytetu. Gdzie tylko mogę,
chwalę się i jego historią i jego osiągnięciami.
Mówił Pan, że swój wybór zawdzięcza
polskiej germanistyce...
Polska germanistyka to swoisty fenomen.
Została zniszczona przez nazistów
w czasie II wojny światowej. Wojnę przeżyto
dwóch, trzech jej profesorów. A w czasie
wojny też doznali wielu krzywd. Niemniej
zaraz po wojnie zaczęli rekonstruować polską
germanistykę, ale niebawem przyszedł
następny krach - zacząt się on już w 1949
roku. W efekcie zimnej wojny wszystkie tzw.
zachodnie filologie, nie tylko germanistykę,
ale i anglistykę i romanistykę, zaczęto likwidować
albo zawieszać ich działalność. Germanistykę
ograniczono do dwóch katedr
- jednej w Poznaniu, jednej we Wrocławiu.
Zawieszono ją nawet w Krakowie, a przecież
germanistyka krakowska jest najstarszą
polską germanistyka. Na Uniwersytecie
Jagiellońskim pierwsza katedra języka niemieckiego
powstała już w 1710 roku! Całej
historii polskiej germanistyki nie mogę tu
opowiedzieć, a szkoda, bo jest niezwykle
interesująca. Tu tylko jedna krótka uwaga:
w okresie od 1949 do 1956 roku stosowano
limity przyjęć. W Poznaniu wolno było przyjąć
20 studentów, we Wrocławiu podobnie.
Dzisiaj w całej Polsce są ich tysiące. Było
trzech profesorów, a dziś jest ich ponad
100. Do tego stopnia się rozwinęliśmy,
choć nie było to łatwe. Nie mam wątpliwości
co do tego, że mój wybór jest pewną
funkcją pozycji, jaką osiągnęła cała nasza
germanistyka.
Ale dla wielu młodych ludzi germanistyka
to jedynie nauka języka...
Być może część z nich tak myśli, tego
nie wykluczam. Niemniej germanistyka to
w żadnym razie nie jedynie, ani nawet głównie,
nauka języka. To przede wszystkim pewna
dziedzina nauki, a właściwie pewien zbiór
nauk. Wiele nieporozumień w sprawie germanistyki
bierze się stąd, że nadal nazywa
się ją "filologią", choć to, co się naprawdę robi
w jej ramach, już od dawna z filologią nie
ma nic wspólnego. Pytam studentów V roku:
Czy mieliście jakiś wykład z filologii? Nie.
A seminarium? Nie. A ćwiczenia? Nie. No
to jacy z was filologowie? Jak można być filologiem,
jak się tego nie studiowało?
To czym zajmuje się polska germanistyka?
Jakie są jej zadania?
Poza prowadzeniem odpowiednich badań
naukowych, powinna przygotowywać
studentów do profesjonalnego wykonywania
odpowiednich zawodów. Jednym z nich
jest zawód nauczyciela języka niemieckiego.
Ale nauczyciel to nie jest filolog, powiem
więcej - nie powinien być filologiem, bo filolog
to ktoś, kto zajmuje się tekstami, najczęściej
starymi, i tylko pewnym gatunkiem tekstów.
Innym zawodem, do którego współczesna
germanistyka powinna przygotowywać
swych studentów, to zawód tłumacza,
ale nie tłumacza tekstów literackich (poezji),
lecz tekstów specjalistycznych (prawnych,
medycznych itd.). To oznacza konieczność
zajęcia się również odpowiednimi niemieckimi
i polskimi językami specjalistycznymi.
Ttumacz tego rodzaju tekstów też nie jest filologiem!
Zarówno nauczyciel języka niemieckiego,
jak i tłumacz musi posiąść nie
tylko odpowiednie sprawności, lecz także
odpowiednie wykształcenie teoretyczne
- naukową wiedzę o tym, na czym polega
to, co ma robić. Dodajmy, że tak jak nie
kształci się "inżyniera w ogóle", lecz inżyniera-
specjalistę, tak nie powinniśmy kształcić
nauczyciela języka niemieckiego czy ttumacza
w ogóle. Tego rodzaju ogólne kształcenie,
to kształcenie "ogólnych" dyletantów.
Ale na tym sprawa się jeszcze nie kończy.
Musimy zająć się intensywniej niż dotychczas
problemami polsko-niemieckiego dyskursu
- problemami wynikającymi nie tylko
z braku znajomości języka niemieckiego czy
polskiego, lecz także z inności naszych historycznych
doświadczeń, z wyrosłych
z nich wzajemnych uprzedzeń. Obowiązkiem
nowoczesnej polskiej (ale nie tylko polskiej)
germanistyki jest kształcenie również
specjalistów potrafiących budować mosty
między Polakami i Niemcami. Nie wystarczy
znać jakiś wspólny język, by potrafić porozumieć
się w sprawach trudnych. Trzeba nauczyć
się rozumieć mentalność drugiej strony,
przełamywać jej lęki, fałszywe wyobrażenia.
Ani naszego położenia geograficznego,
czyli naszych sąsiadów, ani naszych (wspólnych)
doświadczeń historycznych nie zmienimy.
Natomiast możemy zmienić nasze myślenie
o nich, nasze dotychczasowe sposoby
ich traktowania... Musimy to zrobić. Musimy
się lepiej poznać i nauczyć lepiej dogadywać.
Innego wyjścia nie ma.
Jaki Pana zdaniem powinien być absolwent
germanistyki nowego typu?
To musi być niejako człowiek renesansu
- otwarty na innych, ciekawy świata... Ale to
za mało. Jego profil trzeba opisać też w terminach
jego zawodu, czyli: trzeba odpowiedzieć
na pytanie, co powinien (musi) wiedzieć
i jakie sprawności powinien (musi) posiadać,
by był w stanie wykonywać swój zawód
z powodzeniem. A to już sprawa trudniejsza.
Tu mogę powiedzieć tylko tyle, że
inaczej odpowiedź ta wypadnie, gdy "uznamy",
że mamy kształcić germanistę w ogóle,
a inaczej, gdy z góry postanowimy kształcić
germanistę-nauczyciela lub germanistę-ttumacza.
W moim przekonaniu pójście ostatnią
z tych dróg jest dziś konieczne. Tylko
w ten sposób możemy dostosować nasze
programy kształcenia do aktualnych potrzeb
rynku pracy. Słowem: trzeba jak najszybciej
zróżnicować i programy kształcenia
i dyplomy. Trzeba przestać udawać, że
kształcimy filologów. Niestety, na razie nie
jest to możliwe. Na przeszkodzie stoją różnego
rodzaju przepisy "centralne"... Przekonania,
że wszystkich muszą kontrolować jakieś
centralne komisje... Odziedziczona
po starym systemie "filozofia" centralizmu
edukacyjnego.
Mimo wszystkich reformatorskich
działań?
Niestety tak. Filozofia centralizmu odzyskuje
sity. Tymczasem o tym, co należy
wykładać w uniwersytetach, powinni decydować
profesorowie-specjaliści przygotowujący
młodych ludzi do konkretnych zawodów,
a nie ministerialna "centrala" - jej
komisje... To "dzięki" ich decyzjom wolno
wydawać tylko dyplomy magistra filologii
germańskiej i co najwyżej określić w nich
tzw. specjalizację. Ministerialne opowiastki
o tym, że liczbę kierunków studiów zredukowano
i utrzymuje się ją na niższym poziomie
niż dawniej z powodu kosztów,
do mnie nie przemawiają.
Czy wobec tego każda germanistyka
powinna coś innego oferować swoim
studentom?
Tak - w pewnym zakresie. Realizowane
przez nauczycieli akademickich programy
kształcenia powinny odpowiadać realizowanym
przez nich programom badań - powinny
z nich wynikać oraz brać pod uwagę
rzeczywiste (a nie tylko wydumane, czy
"uznawane" tylko na podstawie pewnej tradycji)
potrzeby zawodów, które mają wykonywać
ich absolwenci. Ale nie wszystkie
germanistyki muszą przygotowywać
do wszystkich zawodów. A przygotowujące
do tego samego zawodu nie muszą tego robić
według jednego, tak detalicznie "zdefiniowanego"
programu, że zobowiązującego
je do przeznaczenia na ten sam przedmiot
tej samej liczby godzin... O tym nie powinny
decydować żadne centralne komisje,
ani nawet senaty. Po co wykładać rzeczy,
o których studenci mogą się dowiedzieć
z książek? Natomiast ważne jest, by podejmując
kształcenie kogoś, robić to profesjonalnie
- w zgodzie z etosem nauki.
... profesjonalnie?
Jeśli ktoś mówi, że chce kształcić (profesjonalnie!)
nauczyciela języka niemieckiego
jako obcego, to musi poważnie zastanowić
się nad tym, kim jest "nauczyciel języka
obcego"... Gdyby było tak, że wyróżnia go
tylko znajomość języka niemieckiego, to
każdy Niemiec byłby nauczycielem języka
niemieckiego, a każdy Polak polskiego.
A każdy profesor-germanista znający język
niemiecki byłby specjalistą w zakresie
kształcenia nauczycieli języka niemieckiego.
Profesjonalnie wykształcony nauczyciel jakiegokolwiek
języka (obcego) musi sporo
wiedzieć o języku, o porozumiewaniu się ludzi...
o komunikacyjnej roli ich kultury, atakże
o tzw. akwizycji języków, czyli o tym, co
na ogół (ale błędnie) określa się jako ich
przyswajanie sobie. A profesor-germanista
może (z naukowego punktu widzenia) uchodzić
za specjalistę o tyle, o ile zajmuje się
naukowym badaniem tych zagadnień. Czym
innym jest program ułożony "pod specjalizację"
profesorów, a czym innym program
ułożony pod potrzeby zawodowe tych, których
pragnie się kształcić profesjonalnie.
Panie Profesorze, powróćmy teraz
do spraw Światowego Stowarzyszenia
Germanistów. Co oznacza bycie Prezydentem
takiej organizacji? Bo rozumiem,
że nie jedynie funkcje reprezentacyjne...
Zdecydowanie nie. Musimy zacząć
od tego, że nie jest to stowarzyszenie będące
niejako parasolem nad stowarzyszeniami
narodowymi. Jest to stowarzyszenie wolnych
członków, pojedynczych germanistów,
i że są ich tysiące. Niemniej do zadań prezydenta
należy między innymi pobudzanie zainteresowania
germanistyka w różnych krajach
- jej promocja, także promocja stowarzyszenia,
umożliwianie kontaktów w ramach
różnych środowisk naukowych czy
akademickich. Chcę pobudzać lub intensyfikować
tendencje do tworzenia swego rodzaju
stowarzyszeń regionalnych (ponadnarodowych),
niejako przenosząc na grunt
światowy nasze pomysły i doświadczenia.
Za cel stawiam sobie też modelowanie wyobrażeń
o nowoczesnej germanistyce, o jej
zadaniach.
Ale bardzo często takie organizacje
są kołami wzajemnej adoracji. Pan chce
działać, wywierać wpływ na świat poza
organizacją. Pytanie tylko, czy ta organizacja
wywiera jakiś wpływ?
Wywiera...
W jaki sposób?
Poprzez ludzi, którzy są jej członkami.
Często są to ludzie wpływowi. Ludzie pochodzący
z różnych kultur, różnych narodo-
22 UNIWERSYTET WARSZAWSKI
wości. To stwarza nie tylko wyzwania komunikacyjne,
ale zarazem szansę wzbogacenia
naszych doświadczeń, tworzenia pewnego
rodzaju "zbiorowej mądrości". Czy
potrafimy tę szansę wykorzystać? Czy
wszyscy będziemy sobie pomagać. Czy
otrzymam potrzebne mi wsparcie? Wierzę,
że tak. A nawet jestem przekonany, że tak
będzie. Niesłychanie mnie zaskoczyła
- chciałbym to mocno podkreślić - Pani
Rektor Chałasińska-Macukow. Byłem u Niej
przed wyjazdem do Paryża, gdy była jeszcze
rektorem-elektem. Nie chciałem kandydować,
nie mając zapewnienia, że mój własny
Uniwersytet w razie wyboru wesprze
mnie. Pogroziła mi palcem, oczywiście tak
po koleżeńsku, żebym się nie ważył rezygnować
z tej szansy, jaką daje ewentualny
wybór - bo Jej zdaniem jest to ważne również
dla prestiżu uczelni.
Jest to, jak się wydaje, też promocja
Polski za granicą...
Zdecydowanie tak. Ciekawe, odpowiednie
instytucje niemieckie zauważyły mój wybór
natychmiast, natomiast niektóre polskie
- łagodnie mówiąc - przemilczały go. Nie
pierwszy raz nie wykorzystujemy pojawiających
się okazji do promowania Polski.
Jeszcze raz gratuluję i bardzo dziękuję,
Panie Profesorze, za rozmowę.
|