|
[Drukuj]
Pod okiem Erazma
prof. Marcin Kula
Ostatnio miałem okazję uczestniczyć w jednej z obron w szczególnym
charakterze - ojca doktoranta.
Odbyta się ona na Uniwersytecie Erazma w Rotterdamie, gdzie syn ukończył studia doktoranckie
z ekonomii. Niezależnie od uczuć rodzinnych zajmowało mnie jak tam przebiega uroczystość tego
rodzaju.
Obrona odbywała się w specjalnie na ten cel przewidzianej sali - eleganckiej, ze stałymi
miejscami dla członków komisji oceniającej oraz dla doktoranta, wyposażonej oczywiście w
urządzenia umożliwiające nowoczesną prezentację dysertacji. Na ścianie sali wisi portret
królowej, gdzie została namalowana w taki sposób, że, prawdę mówiąc, w pierwszej chwili
wziąłem ja za Erazma z Rotterdamu. Przygotowaniami dyskretnie kieruje urzędniczka rektoratu.
Doktorant ma możliwość uprzedniego przećwiczenia prezentacji w tej właśnie sali. Podczas
obrony ktoś z obsługi jest gotów do pomocy w wypadku kłopotów z techniką (prawda, że na obronie
syna akurat tego człowieka zabrakło). Ponieważ wśród doktorantów jest wielu cudzoziemców,
naturalnym jest pisanie pracy oraz odbycie obrony po angielsku.
Oczekuje się, że na obronę przyjdą rodzice, a nawet rodziny doktoranta. Gdybyśmy z Żoną nie
przyjechali, wywołałoby to zdziwienie. Pierwszy rząd foteli zarezerwowany jest dla rodziny.
Oczekuje się, że rodzice usiądą naprzeciwko bohatera dnia. Licznie przychodzą koleżanki i
koledzy (na obronie mojego ostatniego doktoranta w Warszawie było ich bardzo niewielu; każdy
potem tłumaczył się jakimiś zajęciami).
Doktorant zwyczajowo ubiera się we frak (pożyczony!) oraz, rzecz jasna, biały gors i takąż
muszkę. Ma prawo dobrać sobie dwóch mężów lub dwie damy zaufania - jako osoby dodające mu otuchy.
Najczęściej dobiera ich (je) spośród koleżanek i kolegów. Mężowie lub damy zaufania siedzą na
fotelach ustawionych obok doktoranta podczas obrony. Jeśli są to mężczyźni, a doktorant
przestrzega obyczaju przyjścia we fraku, to też muszą być we frakach. W takim wypadku
doktorantowi wypada pokryć im koszt wypożyczenia.
Niejednokrotnie zdarzyło mi się obserwować uwiąd obron doktorskich. Jak wiele instytucji
uczelnianych, obrona przeżywa pewien kryzys. Na moim macierzystym Wydziale Historycznym UW
obrony od wielu lat odbywały się przed komisjami. Ponieważ coraz trudniej było uzyskać quorum,
Dziekan zarządził, by odbywały się przed Radami Instytutów in corpore. Jak łatwo sobie wyobrazić,
kolejka doktorantów zaczęła szybko rosnąć. Obecnie jesteśmy na etapie rozdzielenia się naszej
Rady na pół - by jednocześnie mogły odbywać się dwie obrony. Z czasem przyjdą pewno nowe
rozwiązania -bowiem w systemie studiów doktoranckich wiele młodych ludzi zbliża się do tytułu
doktorskiego, a więc i obron musi być dużo.
Sam jestem przywiązany do instytucji obrony oraz do jej rytuału. Własną zapamiętałem jako
wielkie spotkanie mnóstwa życzliwych ludzi. Mam przyjemne wspomnienie tego momentu. Jednocześnie
fakt, że obrona nie odbywała się jako załatwianie kolejnej sprawy w biegu, podnosił wagę zarówno
tego "rytuału przejścia", jak uzyskiwanego tytułu.
|
Na kwadrans przed wydarzeniem doktorant wraz z owymi dwiema osobami udaje się do odrębnego
pokoju, gdzie czeka. Wisi tam tablica, na której wszyscy doktoranci składają ostatni podpis
przed ruszeniem w drogę (mój syn zapomniał!). O godzinie "zero minus jeden" przychodzi pedel
w todze i przeprowadza doktoranta do sali obron. Po chwili tenże pedel z umieszczonym na
wysokiej lasce berłem, którego elementem są dzwoneczki, wprowadza delegata rektora, promotora
i pięciu jurorów - wszystkich w togach.
Doktorant jest po studiach doktoranckich, gdzie egzaminy, wieńczące poszczególne przedmioty,
zastępują egzaminy doktorskie. Praca musi być dopuszczona do obrony przez komisję wydziałową
(niekoniecznie wewnętrzną). Musi być też zaakceptowana przez dziekana oraz uczelnianą komisję
doktorantów. Trwa to 3-4 miesiące od złożenia. Po akceptacji
praca jest drukowana przez instytut. Bez dodatkowych zabiegów drukuje się to, co doktorant
dostarczył na dyskietce. Zakłada się, że człowiek sięgający po tytuł doktorski powinien umieć
pisać i redagować własne teksty (a jeśli nie, to promotor nie powinien przyjąć pracy).
Część nakładu rozsyła się do wszystkich instytutów uczelnianych, pracujących w zakresie
danej dziedziny w kraju. Nauki przyrodnicze niekiedy elektronicznie załatwiają publikacje i
rozsyłanie.
Jurorzy, uczestniczący w obronie, znają tekst, a dodatkowo mają egzemplarze książki przed sobą.
O dziwo cała szóstka jurorów była obecna, choć dwóch z nich przyjechało z innych miast. Łatwo
oczywiście powiedzieć, że Holandia to mały kraj - ale Polska też nie jest zbyt wielka, a często
trudno jest u nas zebrać nawet dwóch recenzentów.
Gdy orszak wchodzi, wszyscy wstają. Doktorant, jak u nas, wygłasza autoreferat. Następnie
promotor oraz każdy z jurorów zadają pytania wokół zagadnień dysertacji, bądź polemizują z
jej tezami. Każdy formułuje po dwa pytania, a potem kolejka zaczyna się od początku. Doktorant
odpowiada bezpośrednio po każdym głosie. W jego interesie jest odpowiadanie możliwie długo, by
mniej czasu pozostawało na dalsze indagacje. Toczy się więc zabawna gra o to, jak długo da się
odpowiadać bez ośmieszenia się. Każdą odpowiedź doktorant musi zacząć od formuły:
"Highly learned opponent" (Mój uczony przedmówco? Mój uczony polemisto? Wasza uczoność?!).
"Uczeni polemiści" mówią wyraźnie przyjacielsko, z podkreśleniem uznania dla doktoranta,
a zarazem poważnie polemizując. Dominuje konwencja eleganckiej krytyki, utrzymanej w ramach
zdecydowanej sympatii.
Po równo godzinie pedel otwiera drzwi, wchodzi i mocnym głosem oznajmia: "Czas minął!'.
Może w ten sposób przerwać równie dobrze doktorantowi, jak jurorowi to nie ma znaczenia.
Ponieważ wszyscy jednak wiedzą, że tak będzie, więc w 59. minucie wymiana zdań zaczyna zamierać.
Ponieważ milczeć w oczekiwaniu na pedla też nie wypada, więc w ostatniej minucie wymiana zdań
staje się już nieco sztywna.
W dalszym ciągu jury udaje się na naradę. Po pewnym czasie wraca, znów prowadzone przez pedla
z berłem (wszyscy wstają). Delegat rektora ogłasza wyrok. Promotor podaje doktorantowi dyplom
z góry przygotowany, podpisany przez wszystkich jurorów pod koniec narady. Nie ma zatwierdzania
obrony przez Radę Wydziału, której członkowie nieraz nie mieliby pojęcia o temacie. Nie ma też
odrębnej promocji.
Po wręczeniu dyplomu promotor zwraca się do doktoranta z ciepłymi słowami. Gratuluje mu, mówi
ile sam skorzystał na współpracy z nim. Jurorzy z orszaku wychodzą.
Czeka już lampka wina - zorganizowana przez uczelnię na koszt doktoranta. Jurorzy uczestniczą.
Liczne gratulacje - także pod adresem rodziców oraz, co zaskakuje, pod adresem mężów lub dam
zaufania doktoranta.
Wieczorem doktorant wydaje kolację dla komisji, rodziców oraz najbliższych kolegów. Odbywa się
ona w restauracji, którą poprzednicy zdążyli już wypróbować. W wypadku syna spośród członków
komisji przyszedł promotor (z opóźnieniem, gdyż ugrzązł w korku na szosie) oraz jeden z jurorów.
Koledzy dopisali lepiej. W imieniu Instytutu promotor wręczył synowi prezent - bon na zakup paru
książek.
Po kolacji ostatnia część uroczystości: w innej sali tejże restauracji lampka wina dla dużego
grona koleżeńskiego. Promotor i rodzice uczestniczą. Promotor nawet nie spieszył się z wyjściem
- choć czekała go jeszcze jazda do Amsterdamu, gdzie mieszka. Koledzy wręczają doktorantowi
prezent. Przygotowują też piosenkę na jego temat - przyjacielską, ale ironiczną. Podobno taka
piosenka potrafi być nawet złośliwa. Owa ostatnia lampka wina i piosenka już nie zawsze mają
miejsce.
W całym opisanym rytuale występują oczywiście elementy śmieszne. Ponieważ jednak efektów
teatralnych nikt nie traktuje całkiem serio, więc nie są one groźne.
W opisanym rytuale występują także elementy kosztowne dla uczelni (druk pracy doktorskiej i
jej rozsyłanie, bon książkowy). Są też elementy trudne do propagowania w kraju biedniejszym
z uwagi na obciążenie kosztem doktoranta - takie, jak wydanie przezeń przyjęcia. W niektórych
uczelniach w Polsce są praktykowane uroczyste obiady lub kolacje, ale jest to zwyczaj u nas
bardzo dyskusyjny z uwagi na wielkość wydatku.
W całym opisanym rytuale występuje jednak również element znacznie ważniejszy: podkreślenie
wagi momentu. Nie załatwia się obrony z marszu. Co ważne, nie rozmywa się owego
"rytuału przejścia" na kilka etapów (egzamin, obrona, zatwierdzenie, promocja).
Nie zbiera się wielu doktorantów, jak u nas na promocji. Doktorant czuje, że w tej godzinie
uwaga profesury skupia się na nim i tylko na nim. Słyszy ciepłe słowa od promotora - podczas
gdy u nas młodzież słyszy je zbyt rzadko.
| |