![]() |
|
|
|
[Drukuj]
Bohaterowie i uczeni od wymoczków
Robert Gawkowski
Nie zdecydowano i uczestnicy spotkania rozeszli się bez wyraźnej uchwały. Większość
mądrze argumentowała: "Możemy
pójść i wyginąć, ale nie chcemy przykładać ręki do zburzenia instytucji, która
nie tylko do nas ale i do przyszłości należy". Mniejszość rozsądnych
rad nie posłuchała i wciągu kilku dni po kryjomu opuszczała Warszawę przemykając
do okolicznych lasów. Dwa lata później gubernator Fiodor Berg informował cara
Aleksandra II, że ogół studentów nie dał się wciągnąć do powstańczej rewolty.
To co w ustach rosyjskiego generała mogło by uchodzić za pochwałę, dla Polaków
było obrazą. Na wieść, że Szkoła Główna do powstania nie przystąpi, studenci
Uniwersytetu Jagiellońskiego złośliwie przesłali do Warszawy "symboliczny
dar w postaci babskiego wrzeciona", zaś Komitet Centralny groził, że "ogłosi
całą Szkolę Główną za zdradzającą sprawę narodową".
22 stycznia 1863 r. powstanie wybuchło. Z pozoru na warszawskiej uczelni życie naukowe toczyło się normalnie. Zajęcia odbywały się według rozkładów. Profesorowie zaś jak gdyby nigdy nic, wyjeżdżali w celach badawczych do innych uczelni. I tak profesor Wydziału Lekarskiego Polikarp Girsztowt wizytował podległe mu placówki w terenie, młody profesor prawa Henryk Wyziński wyjechał "w celu dokształcenia się", a profesor zoologii Benedykt Dybowski przywoził z Uniwersytetu
Kijowskiego dla Szkoły Głównej przeszło metrowej długości okaz
rzadkiej ryby jesiotrowej z Dniepru". Był to czas gdy uniwersytecki Gabinet Zoologiczny
liczył mnóstwo fascynujących wypchanych okazów zwierząt - ot, choćby eksponat
antylopy Suhaka, spreparowany wprawną ręką przez pracownika Gabinetu Zoologicznego
Stanisława Wysockiego, któremu pomagał nieznany z nazwiska, uczelniany woźny
Tomasz. Byli też tacy pracownicy, którzy właśnie w dobie powstania zachorowali,
i aby leczyć się otrzymywali urlopy z uczelni. Ot, choćby fizyk i astronom Adam
Prażmowski. Aby jeszcze bardziej udokumentować lojalność uczelni, władze carskie
zażądały od wykładowców (tak jak od wszystkich urzędników państwowych) deklaracji
wiernopoddańczej. Deklaracje podpisano.
Benedykt Dybowski (1833-1931)
Tymczasem ci bohaterscy studenci, którzy do powstania przystąpili ginęli jak
muchy. Bili się mężnie i dzielnie, ale wobec wielokrotnie silniejszych, dobrze
uzbrojonych i wyszkolonych sił rosyjskich nie mieli szans. Największy studencki
oddział, w którym słuchacze Szkoły Głównej stanowili co najmniej 40%, został
rozbity w puch 19 lutego 1863 r. pod Krzywosądzem (w okolicach Włocławka). Ci
co przeżyli i nie wpadli w ręce carskiej armii cichaczem wracali... na pogardzaną
przez nich wcześniej uczelnię. Było to możliwe, gdyż w owym czasie władze uniwersyteckie
przez palce patrzyły na kilkumiesięczne nieobecności. Rektor Józef Mianowski
nie dopytywał się o nic i jak mógł bronił zagrożonych studentów. Bo w rzeczywistości
Szkoła Główna lojalna wobec cara nie była. Powstanie ciągle trwało i wchłaniało
w swe szeregi coraz to nowych powstańców, także tych którzy nigdy nie wierzyli
w jego sens. Szkoła Główna formalnie działała, ale były dni gdy "wykłady odbywały
się pro forma w pustych zupełnie salach". "Ławy Szkoły Głównej naraz
opustoszały.
Rozbiegliśmy się wszyscy jak kuropatwy po strzale myśliwego" -wspominał
ówczesny student Aleksander Kraushar. Spokój był tylko pozorny.Po wielu latach, gdy nie groziły już carskie represje okazało się jak wielu pracowników i studentów uczelni zaangażowanych było (choć być może bez wiary w powodzenie) w prace powstańczych komórek. Za wyjazdami profesora Girsztowta kryło się organizowanie powstańczych szpitali, Wyziński współpracował z Hotelem Lambert, a leczenie zagraniczne było dla astronoma Praż-mowskiego pretekstem do kontaktów z powstańczą emigracją. Wielka ryba była tylko przykrywką dla prawdziwej misji Dybowskiego, który do Kijowa jeździł z rozkazami Rządu Narodowego. We wspomnianym Gabinecie Zoologicznym odbywały się potajemne spotkania sekretarzy powstańczych, a w antylopie Suhaka zaszyte były najważniejsze dokumenty powstańcze. Do organizacji narodowej należeli zarówno profesor Dybowski, preparator Wysocki, jak i woźny Tomasz.. Niektórym pracownikom uczelni szczęście dopisało i po upadku powstania dalej prowadzili zajęcia w Szkole Głównej. Profesor medycyny Girsztowt Polikarp, swą działalność w powstaniu zataił. Podobnie zrobił prawnik Antoni Okolski, a wykładowca medycyny Tytus Chałubiński, mimo że był nawet aresztowany, na uczelnię wrócił po wstawiennictwie rektora Mianowskiego, który zdołał "ułagodzić Moskali". Inni szczęścia mieli mniej. Aresztowany w czerwcu 1863 r. dziekan prawa Jan Kanty Wołowski został wywieziony do Penzy i tam po kilkunastu miesiącach zmarł. Profesor medycyny Włodzimierz Dybek (w rządzie Romualda Traugutta dyrektor Wydziału Spraw Wewnętrznych), mimo że niczego mu nie udowodniono, 6 lat spędził na zesłaniu w Ufie. Wspomniany Benedykt Dybowski o aresztowaniu był uprzedzony, dzięki czemu mógł zatrzeć dowody swej działalności. Jak wspominał: "wspólnie z Wysockim oczyściliśmy salę wykładową, obejrzawszy najdokładniej, ażeby nie zostały jakie papiery bądź w ławkach, bądź w piecu, to samo wykonaliśmy w pracowni preparatora, oczekując przypuszczalnej policyjnej rewizji". Donosy sprawiły jednak, że i Dybowski nie uniknął zsyłki na Sybir. Powstanie upadło. Miejsce Dybowskiego w Gabinecie Zoologicznym zajął August Wrze-śniowski.
Dla władz rosyjskich nie był podejrzany - ot, niegroźny uczony piszący "Historię
naturalną wymoczków".Tymczasem Wrześniowski zdobył sobie zaufanie studentów. Całymi latami wszczepiał im zamiłowanie do nauki i pogląd, że swą mądrością najlepiej służyć będą ojczyźnie. Nie zauważono, że dla społeczności Szkoły Głównej etap bohaterskich zrywów już minął. Zaczęła się era pracy organicznej, w którą znakomicie wpisywał się profesor Wrześniowski. |