Uniwersytet Warszawski
ZAMÓWIENIA PUBLICZNE POCZTA WYCIECZKA MAPA SPIS PRACOWNIKÓW MAPA SERWISU ENGLISH
Loading
O UNIWERSYTECIE STUDIA BADANIA I ROZWÓJ SUKCESY WYDARZENIA JAKOŚĆ KSZTAŁCENIA EGZAMINY CERTYFIKACYJNE
DLA KANDYDATÓW DLA STUDENTÓW DLA ABSOLWENTÓW DLA PRACOWNIKÓW
AKADEMICKA SŁUŻBA ZDROWIA
KONFERENCJE OGŁOSZENIA PRACA NA UW DLA PRASY



wybory 2012
NOWOCZESNY UNIWERSYTET DOKTORATY DLA MAZOWSZA
UNIWERSYTET OTWARTY BIBLIOTEKA UNIWERSYTECKA KULTURA NA UNIWERSYTECIE MEDIA UNIWERSYTECKIE
KSIĘGARNIA LIBER INTERNET
EUA KRASP
UKN UNICA
Observatory wielojęzyczność
CELC euraxess
uka
[Drukuj]

Marzec 1968 r.


Tekst pochodzi z publikacji "Czesław Bobrowski - mistrz ekonomii stosowanej" (Wydawnictwa UW, Warszawa 2004), wydanej z okazji 100-iecia urodzin Profesora i 50-lecia Wydziału Nauk Ekonomicznych UW
(Tekst z papierów Cz. Bobrowskiego. Nie byt przygotowany do druku. Tu jest drukowany bez poprawek. Profesor pisał o Marcu [w:] Wspomnienia..., s. 266-276.)

Czesław Bobrowski (1904-96), ekonomista; 1945-48 prezes Centralnego Urzędu Planowania; 1957-63 wiceprzewodniczący Rady Ekonomicznej przy Radzie Ministrów; od 1958 prof. Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 70. doradca z ramienia ONZ w Algierii, Ghanie i Syrii; 1981-85 przewodniczący Rady Gtównej Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego (od 1985 honorowy prezes); 1982-87 przewodniczący Konsultacyjnej Rady Gospodarczej; zajmował się głównie problemami polityki gospodarczej; U źródet planowania socjalistycznego (1967), Planowanie gospodarcze. Źródła, problemy, przemiany (wyd. 2 1981).

(Encyklopedia powszechna PWN)


(...) Krytycznie i z dystansem odnosił się do polityki gospodarczej w latach 70. Przewidywał załamanie gospodarcze. Wygłasza! odczyty na zorganizowanym przez opozycję "latającym uniwersytecie". Zbliżył się do opozycji, ale do niej nie przystąpił, ceniąc własną niezależność i odmienność spojrzenia na naprawę Rzeczypospolitej. Z nadzieją powitał porozumienia sierpniowe i powstanie "Solidarności" w 1980 roku. Jednocześnie, z dużym zaangażowaniem włączył się w działalność Komisji ds. Reformy Gospodarczej, wnosząc do jej prac ogromną wiedzę i doświadczenie, usilne pragnienie zmian, ale także sceptycyzm. Nie rezygnował z żadnej możliwości doprowadzenia do porozumienia władzy z "Solidarnością". W grudniu 1981 r. dla Bobrowskiego, tak jak dla wielu Polaków, nadszedł czas próby. Trzeba było dużej odwagi i siły charakteru, żeby nie poddać się presji moralnej środowiska, z którym profesor od lat byt związany, i po wprowadzeniu stanu wojennego kontynuować rozpoczęte dzieło.

Władysław Baka


W styczniu 1968 r. wracam po kilkumiesięcznej nieobecności z Algierii do Warszawy. Jeszcze przed wyjazdem zdawałem sobie sprawę, że nastroje są i w kraju, i w szczególności wśród studentów złożone. Nie bardzo wierzyłem tym z kolegów, którzy sądzili, że poza drobnymi grupami młodzież jest całkowicie zdepolityzowana, ale jeszcze mniej ufałem tym, którzy twierdzili, że istnieją "więcej niż niepokojące" zjawiska: dyskusje studenckie pod auspicjami Kotakowskiego i innych "rewizjonistów", echa buntowniczego memoriału Modzelewskiego i demonstracje na jego procesie, powstanie grupy, którą miano później nazywać komandosami. I dlatego, że dużo wyjeżdżałem, i dlatego, że chciałem się trzymać z daleka od gry politycznej, nie wyrobiłem sobie własnego poglądu i w sumie byłem źle poinformowany. Po powrocie dowiaduję się o przeróżnych historiach: o demonstracjach na przedstawieniu "Dziadów", o fermencie w Związku Literatów, otrzymuję też jako dziekan zawiadomienie o relegowaniu kilku studentów, w tym nieznanego mi bliżej studenta naszego wydziału Szlajfera - protestuję nie tyle na temat meritum, którego nie znam, ale z racji zupełnego zlekceważenia obowiązującej procedury. Chcąc się dowiedzieć, co się dzieje, zwracam się do jednego z asystentów, z którym poprzednio wielokrotnie rozmawiałem o nastrojach studenckich, lecz otrzymuję odpowiedź - szczerą czy z nieufności - "nie wiem". Miało się okazać, że Rektorat, Komitet Partyjny Uniwersytetu i wojewódzki nie tylko wiedziały, że coś się przygotowuje, ale i co się przygotowuje. Ale dziekani nie zostali o niczym powiadomieni.

Dnia 8 marca 1968 r. zjawiam się na Uniwersytecie zupełnie przypadkowo. Byłem mianowicie w Pałacu Staszica na interesującym odczycie radzieckiego profesora, którego zaprosiłem od razu na obiad, aby przedyskutować bliżej jego tezy o wpływie nowoczesnej fizyki na nauki ekonomiczne. Nie opłacało mi się jechać do domu na Żoliborz i niemal natychmiast wracać, zaszedłem więc do gmachu uniwersyteckiego.

Na dziedzińcach uniwersyteckich dość duży tłum studentów, ale przede wszystkim na placu przed Biblioteką 20 jeśli nie więcej autokarów. To nie jest okres na wycieczki, chyba więc jakiś zjazd, o którym nic nie wiem? Pytam nieznajomego studenta pierwszego z brzegu: co to za autokary? "Nie mam pojęcia". Tłum jest tak gęsty, że przebić się przezeń nie mogę i wtedy stopniowo dostrzegam, że się dzieją dziwne rzeczy. Jacyś cywile wloką studentkę, która stracita przy tym pantofel, inna studentka wali po plecach doc. Dobrosielskiego, którego - jak się potem dowiaduję - przeprasza: "nie wiedziałam, że to pan docent". Na peryferiach tłumu trochę bójek między cywilami i studentami, ale przede wszystkim studenci i cywile przybyli autokarami (jak się miało okazać aktywiści z urzędów i zakładów pracy) patrzą na siebie z wzajemną wrogością i zaczynają wymieniać obelgi.

Z tłumu, bezpośrednio już przed Pałacem Kazimierzowskim, okrzyki i przemówienia. Ktoś wzywa "studenci siadać", przy czym okazuje się, że tłum jest przesiany panami w kapeluszach. Po jakimś czasie na balkonie pojawia się prorektor Rybicki (rektor Turski jest za granicą) i usiłuje z tej wysokości (cóż za błąd psychologiczny) opanować tłum kłębiący się przed zamkniętymi drzwiami gmachu. Sytuacja wydaje mi się napięta, ale możliwa do rozładowania - próbuję to osiągnąć. To co wygłaszam trudno nazwać przemówieniem - w danych warunkach jest to raczej seria okrzyków, których kluczowym słowem jest "dialog". Mam uczucie, że wezwanie do spokoju i dialogu odnosi jakiś skutek wśród studentów. Równocześnie nie wiem, czy pod wpływem mojej interwencji, czy niezależnie, prorektor zgadza się na przyjęcie delegacji. Udaję się na krótką rozmowę z prorektorem i telefonuję do Cyrankiewicza, który odpowiada mi: "Już wiem, jest u mnie właśnie tow. Moczar, porozum się z Jabłońskim" (ówczesnym ministrem szkolnictwa wyższego), czego zresztą nie robię niezwłocznie, gdyż na razie widzę pilniejsze rzeczy. W gmachu odbywają się rozmowy prorektorów z delegacją, natomiast przed gmachem, a zwłaszcza przed Biblioteką Uniwersytecką istnieje niebezpieczeństwo zajść. Od strony Oboźnej w parku uniwersyteckim są zmasowani ORMO-wcy bez opasek, ale za to z metrowymi pałami. Studenci zajmują agresywną postawę wobec "turystów", rzucają złotówki, słyszę skądś okrzyk "SS".

Nie mogę sobie przypomnieć, czy równolegle, czy w porozumieniu z profesorem Herbstem próbujemy zapobiec zajściom. Udaje się to nadspodziewanie szybko. Apel do studentów o traktowanie turystów nie jako wrogów, bo przecież "żyjemy razem w Polsce socjalistycznej", odnosi skutki. Z kolei wchodzę do autobusu za autobusem, namawiając "turystów" do odjazdu. Ta część operacji jest nie pozbawiona humorystycznych elementów. Wchodzę do jednego z autokarów i jak zwykle zaczynam od przedstawienia się, na co słyszę: "Nie potrzeba panie profesorze, przecież my jesteśmy z MHZ i znamy pana wszyscy z odczytu, który pan miał u nas". Natychmiast odjeżdżają. Trudniej jest z drugim autokarem. Jest w nim studentka, która nie chce wysiąść, dopóki aktywiści nie oddadzą jej zabranej torebki z dokumentami osobistymi. Torebka nie daje się odnaleźć, a studenci nie chcą wypuścić autokaru, dopóki studentka nie wysiądzie - przypada mi przykra funkcja wyrzucenia jej za drzwi. W ostatnim autokarze trzeba jeszcze zmienić koło, bo nawaliła opona. Ale te drobne incydenty właściwie przyczyniają się do rozładowania napięć, sprowadzając sprawę na jej rzeczywisty, jeszcze nie dramatyczny poziom. Dowiaduję się od prorektora, że rozmawiał z Komendą Milicji i usłyszał, że oddział stacjonujący przed Uniwersytetem zostanie wycofany. Pomiędzy prorektorem a delegacją dochodzi do jakiegoś mętnego porozumienia, które ja osobiście i większość znanych mi ludzi zrozumiała jako zgodę na odbycie 11 marca zgromadzenia w auli uniwersyteckiej. W ślad za autokarami studenci wychodzą na Krakowskie Przedmieście.



O tej części zajść mogłem mówić w tonie półżartobłiwym, bo istotnie jeszcze nie zaszło nic dramatycznego. To, co następuje potem, nie nadaje się do żartów. Na kilka minut przed wkroczeniem milicji od strony Oboźnej uderzyli ORMO-wcy, bezlitośnie bijąc wszystkich napotkanych, włącznie z uciekającymi. Tylko gdzie uciekać? Teren uniwersytecki to jak myśliwski kocioł - ze wszystkich stron budynki lub wysokie sztachety. Bardzo sprawni fizycznie mogą od biedy wydostać się poprzez balustrady, tarasy na tyłach Pałacu Kazimierzowskiego i dotrzeć do ul. Browarnej, ale nie wszyscy o tym wiedzą i nie wszyscy - w tym rzędzie ja - są dostatecznie sprawni. ORMO już okrąża gmach Biblioteki, kiedy zbliżam się do gmachu Kazimierzowskiego, zastaję wejście zamknięte. Na szczęście panie z Kwestury wychylają się przez okno i wciągają mnie za ręce do gmachu, dosłownie na chwilę przed tym nim dopadli mnie ORMO-wcy. W gmachu schroniło się kilkudziesięciu studentów, w tym dziesiątek ciężko pobitych (głównie dziewcząt). Chyba na kwadrans przed trzecią ORMO kończy polowanie.,br>
Gdyby sprawozdanie specjalnej Komisji Senackiej było znane, lub gdybym posiadał jego egzemplarz, to wolałbym zacytować odpowiedni tekst zamiast opowiadania własnych wspomnień. W braku tekstu uważałem za konieczne rozwinąć temat, gdyż wydarzenia z dnia 8 marca miały zasadnicze znaczenie dla dalszego biegu wypadków. Wśród studentów zrodziły one postawę solidarności wylewającej się poza ramy Uniwersytetu Warszawskiego. Wśród profesury chyba powszechne oburzenie i niemal powszechną chęć zbliżenia do studentów. Prawie całkowicie gtuchy pozostał rektorat, który nigdy i nigdzie nie zdobył się na choćby nieśmiałe potępienie napaści.

Oczywiście na wspomniane wydarzenia reagowałem emocjonalnie, ale starałem się je także ocenić możliwie chłodno. Termin "masakra" często używany dla wyrażenia potępienia był w pewnym sensie przesadny, choć chyba tylko interwencja w Krakowie, gdzie został pobity prorektor, przypominała swoją brutalnością wypadki warszawskie. Liczba ofiar pobicia mniej lub więcej ciężkiego wśród studentów i pracowników nauki sięgała chyba trzydziestu osób (lub niewiele więcej) - dla kogoś kto znał skalę ofiar represji podczas np. manifestacji Algierczyków w latach pięćdziesiątych w Paryżu, czy słynnej prawdziwej masakry koło metra Charonne, nie była to cyfra wstrząsająca. Ale z drugiej strony trzeba było brać pod uwagę liczbę manifestantów i okoliczności, w których nastąpiła interwencja. W momencie natarcia milicji i ORMO na terenie Uniwersytetu pozostawało już najwyżej sto kilkadziesiąt osób plus kilkadziesiąt, które zmuszone zostały do powrotu na ten teren. Oznaczało to, że co najmniej co szósty z obecnych na terenie został pobity - mówiąc najłagodniej jest to wskaźnik wyjątkowy. Jeszcze ważniejszy był moment ataku. Gdyby odroczono interwencje, jeszcze o dwadzieścia-trzydzieści minut - i nie przeszkadzano studentom w wyjściu z tego terenu, nie byłoby już tam nikogo. Nie sposób wykryć niczego, co by można uznać za prowokację ze strony manifestujących studentów. Zbieżność w czasie natarcia ORMO i milicji, "sprawność techniczna", skłaniały do myślenia, iż nastąpił jakiś bezpośredni rozkaz.

W 1957 r. mój pasierb, wówczas czternastoletni młody Francuz, świeżo przybyły do Polski, zaplątał się wśród manifestujących przeciwko zamknięciu "Po prostu" i został z lekka zresztą pobity. Kiedy następnego dnia wspomniałem o tym Cyrankiewiczowi, ten mieszając dowcip z cynizmem, powiedział mi: "To wiąże się z naszym nowym liberalizmem - milicja jeszcze nie umie poskramiać manifestacji". Tego już nie można było powiedzieć o interwencji marcowej 2. Ponadto w niedługim czasie Komitet Warszawski miał rozwiać wątpliwości co do sposobu przygotowań do wiecu ze strony władz uniwersyteckich i organizacji partyjnej. Opisując przebieg 8 marca informacja KW stwierdza, iż zgodnie z wnioskami towarzyszy z UW, którzy zwrócili się z prośbą o przygotowanie "odpowiedniej grupy aktywu robotniczego, który w razie potrzeby mógłby pomóc w niedopuszczeniu do odbycia nielegalnego wiecu", przygotowania zostały poczynione. W dalszym ciągu informacja KW stwierdza, że organizacja partyjna Uniwersytetu licząca 600 osób zawiodła i że tylko garstka pracowników naukowych znalazła się na wysokości zadania (na pierwszym miejscu obok prorektora Rybickiego informacja wymienia... mnie). W dalszym ciągu tej informacji czytamy, iż "rektorat UW wyczerpał [...] wszelkie środki perswazji" i że "w dążeniu do zlikwidowania ekscesów podjęta została przykra lecz niezbędna decyzja". Pomijając inne strony tego oświadczenia, dezawuowało ono prorektora Rybickiego, dającego do poznania, że o niczym nie wiedział. Z tym wszystkim pozostawało jeszcze kilka pytań: jak dalece sposób wykonania decyzji pokrywał się z samą decyzją, czy decyzja była znana na wyższych szczeblach partyjnych i państwowych itd. Nie myślę, aby można było prędko na to pytanie odpowiedzieć, jeśli w ogóle można odpowiedzieć. Między czarnym a białym jest zwykle szare - rzeczywistość nie daje się sprowadzić do prostego tak lub nie.


Następnego dnia ukazują się informacje prasowe wykrzywiające w tym samym sensie jak wyżej opis przebiegu wypadków dnia 8 marca z dodatkiem porządnej porcji antysemityzmu i obelg pod adresem tzw. grupy Michnika itp. Wywołują one wzmożoną falę oburzenia wśród studentów3. Zbiera się Rada Wydziału i uchwala kilkupunktową rezolucję potępiającą użycie brutalnej siły, oświetlenie sprawy przez prasę i domagającą się dopuszczenia do wiecu studentów w dniu 11 marca, powołania przez senat Komisji do zbadania wypadków z dnia 8 marca, zwolnienia aresztowanych i zorganizowania ogólnego zebrania profesorów i docentów. W dwie godziny później zbiera się Senat (ściśle biorąc Senat kadłubowy, gdyż aż do kwietnia na zebrania Senatu nie zapraszano - z pogwałceniem statutu - delegatów wydziałowych, w nadziei, że dziekani będą posłuszniejsi). Senat powstrzymuje się od uchwał deklaratywnych, natomiast przyjmuje proponowane uchwały merytoryczne. Przewodniczącym Komisji zostaje wybrany prof. Leśnodorski, a jego zastępcą ja. Równocześnie dziekani zostają wezwani do uspokajania umysłów. Wraz z prof. Greniewskim udaję się 9 marca wieczorem do akademika na Kickiego, gdzie zaczynam zapoznawać się z ciekawymi zjawiskami. Już przed tym nie sądziłem, że tak zwana grupa Michnika odegrała inną rolę niż rola zapłonu. Na zebraniu okazuje się, że nie ma ona rządu dusz - występujący w dyskusji studenci myślą i mówią swoim własnym głosem; a nawet akcentują, rzadziej czy słabiej, bardziej aspekt polityczny niż sprawy uczelniane. Nie mogę jeszcze wywnioskować, jakie będą dalsze postawy studenckie.

11 marca zbiera się oczekiwany wiec w Audytorium Maximum. Przed rozpoczęciem zebrania dowiadujemy się od prorektora Rybickiego, że uzyskał on zgodę Ministerstwa i Komitetu Uczelnianego na odbycie tego wiecu (mówiąc najsłabiej, podważa to późniejszy termin "wiecu nielegalnego"), a równocześnie prosi mnie, ażebym się udał do bramy, gdzie podobno szykują się nowe zajścia. Nie bez poczucia śmieszności wkładam znów łańcuch dziekański; kapelusza nigdy nie noszę, toteż mój drugi atut - siwe włosy - jest widoczny. Z ulgą przekonuję się, że nic się nie dzieje i udaję się do po brzegi napchanej, największej auli uniwersyteckiej. Prof. Leśnodorski wygłasza kilka niezmiernie pochlebnych słów pod moim adresem (tak pochlebnych, że ich nie cytuję), co wywołuje prawdziwą burzę oklasków.

To coś więcej niż powierzchowna przyjemność dla mnie: wiem od tej chwili, że zdobyłem duże zaufanie wśród studentów i że nakłada to na mnie określone duże obowiązki. Obowiązki te nazwę później "akcją mediacyjną". Na razie jest ona niepotrzebna. Wiec przebiega we wzorowym porządku, demagogii praktycznie nie ma. Propozycje studenckie dotyczą powołania przedstawicieli wydziałów i poszczególnych roczników - zadaniem ich ma być utrzymywanie kontaktu z dziekanami, a przede wszystkim z Komisją Senacką.

Jeśli chodzi o dalszy bieg wypadków, to rezygnuję - rzecz prosta - z kronikarskiego, chronologicznego opisu wszystkich wydarzeń i spróbuję omówić to, co uważam za główne wątki splatające się w jedną całość. Jeden wątek to rozpoczęta w prasie kampania zohydzania grupy "komandosów", którą usiłuje się przedstawić jako czarnego diabła manipulującego bezwolną rzeszą studencką. Przedmiotem ataków jest równocześnie coraz liczniejsza grupa profesorska od początku klasyfikowana jako rewizjoniści, z tym, iż później dojdzie jeszcze epitet "sjonista". Nieoczekiwanie w jednej z ulotek pojawia się nazwisko Oskara Lange, jako tego, który terroryzuje innych, nie dopuszczając swobodnej myśli (korzystam z tej pięknej okazji, aby wezwać rektorat, oczywiście bez skutku, do obrony dobrego imienia wielkiego uczonego, już zmarłego). Czymś niewspółmiernym, ale jednak przykrym, jest po drugiej stronie barykady rozpowszechnianie plotek o śmiertelnych ofiarach zajść z 8 marca (trzeba wysiłków, aby wykazać, że są one fałszywe).

Drugi wątek to działanie władz administracyjnych. W niespełna tydzień po piątkowych wydarzeniach jest już ok. 60 studentów zatrzymanych (dane oficjalne). Dwudziestu kilku staje przed sądem w trybie uproszczonym, kilkudziesięciu osobom odebrano legitymacje studenckie lub dowody osobiste. W niektórych wypadkach wybór osób, do których zastosowano procedurę sądową, jest wręcz śmieszny - są to niewiniątka nawet z policyjnego punktu widzenia. Ale interwencje w ich obronie z reguły okazują się już spóźnione. Parę dziesiątków studentów zostanie wezwanych do służby wojskowej. W sumie akcja represyjna posuwa się szybko i szeroko, bez selekcji i bez liczenia się ze skutkami w płaszczyźnie nastrojów studenckich.

Następny wątek to profesura z jednej a rektorat i ministerstwo z drugiej strony. Na wszystkich wydziałach, w różnych oczywiście formach, dziekani i profesorowie podejmują działania zmierzające do zbliżenia ze studentami, a tym samym do "deseskalacji". Wydział Ekonomiczny należy do tych, które idą najdalej. Na zebraniu w dniu 12 marca (przewodniczę na nim nie z urzędu a z wyboru przez salę studencką, po czym oddaję przewodnictwo prof. Moreckiej i prodziekanowi Lewandowskiemu). Uchwalamy opracowanie wspólnej deklaracji profesorów i studentów, co następuje następnego dnia. Obok już wysuwanych poprzednio przez Radę postulatów deklaracja zawiera domaganie się: ponownego rozpatrzenia spraw, w których zapadły wyroki w trybie przyspieszonym, zaprzestania dalszych aresztowań, przestrzegania prawnej procedury przy relegowaniu studentów, ukarania odpowiedzialnych za brutalne pobicie studentów i podnosi sprawę określenia autonomii uniwersyteckiej. Natomiast zebranie studentów i pracowników naukowych wydziału odrzuca olbrzymią większością (tak dużą, że nie trzeba głosów liczyć) propozycję strajku uniwersyteckiego. W moich oczach jest to duży krok w kierunku deseskalacji. Ale w kilka dni potem na wiecu, w którym podobno brało udział ponad 3 tys. studentów (nie byłem już więcej ani na tym, ani na następnych wiecach uznanych za nielegalne) koncepcja strajku zostaje przyjęta bez mała jednogłośnie. Jest to skutek nowych faktów stwarzających naprężenie. W grę wchodzi sprzężenie zwrotne: na Politechnice Warszawskiej, na niektórych uniwersytetach na prowincji, wzbiera ruch studencki o pokrewnym charakterze, jak na UW, co daje złudne poczucie szerokiej fali poparcia. Kontynuowanie, a nawet wzmaganie represji też przynosi skutek. Najważniejszą jednak bezpośrednią przyczyną jest działanie rektoratu pełne błędów i niezręczności, których potrafiły uniknąć np. Senaty Politechniki i SGPiS.

Mówię wyraźnie o rektoracie, gdyż między ciałem profesorskim a rektoratem istnieje poważny rozdźwięk. Nie stwarzamy rzecz prosta żadnych form porozumiewawczych, ale kontakty wśród profesury są częste i wzajemne zrozumienie bardzo daleko idące. Odwiedzam m.in. kilku dziekanów, z którymi nie miałem innych jak formalne stosunki - okazuje się, że jesteśmy sobie bliscy. Mnie z kolei odwiedzają nie tylko historycy, socjologowie i filozofowie, z którymi znamy się dobrze, ale i nieznani mi fizycy i matematycy. Próbujemy wszyscy - na różne sposoby - wywrzeć jakiś nacisk na rektora Turskiego, który 15 marca powrócił z zagranicy. Natychmiast po jego powrocie zjawiamy się u Turskiego we trzech (z Leśnodorskim i chyba Herbstem). Przeceniam prawdopodobnie mój wpływ na Turskiego, którego znam od lat, i dlatego występuję dość brutalnie - moi towarzysze zachowują więcej umiaru i jak mi się zdaje - wspólnie osiągamy porozumienie z rektorem. Liczę przede wszystkim na to, że Turski jest niezmiernie przywiązany do UW - ma uczucie, że odbudował i wypielęgnował tę rozbitą przez wojnę placówkę i przeprowadził ją przez trudny okres. Okazuje się jednak, że czynnik, o którym wyżej mowa, może działać zupełnie odmiennie: Turski obawia się o los Uniwersytetu i przecenia swoją popularność wśród studentów. Po wizycie w KC i w ministerstwie, już nazajutrz po powrocie zaczyna zachowywać się jak satrapa, którym nie jest. Odezwy do studentów, okólniki do dziekanów itp., to po prostu seria gróźb i rozkazów. Nie brak nawet w najwyższym stopniu drażniących szczegółów, jak potraktowanie znikomych uchybień podczas nocy z 21 na 22 marca (takich jak np. sforsowanie drzwi do któregoś z biur w celu użycia maszyny do pisania, co zostato potraktowane niemal jak kradzież z wtamaniem). Turski sprzeciwia się, a nawet wręcz zakazuje profesurze zjawiania się na wiecach zwoływanych bez jego zezwolenia - przekreśla tym samym możliwość dialogu i uspokajającego oddziaływania. Bezpośrednim skutkiem jego karcącego wystąpienia jest uchwalenie strajku. Przedstawiciele Ministerstwa na posiedzeniach Senatu reprezentują również kurs represyjny.

Najważniejszy z wątków to procesy zachodzące wśród samych studentów. Zaskakują mnie one przez ich dojrzałość i umiar. Niewątpliwie gdzieś na marginesie istnieją elementy, które dla prostoty nazwę "awanturniczymi", czy może ściślej skrajnymi w zajmowanych postawach. Jeśli istnieją grupy, czy raczej grupki antysocjalistyczne, a w pewnym momencie mam takie podejrzenie, to są one głęboko zakonspirowane i nie mają wpływu na ogół (w rozmowach z kilkoma zaprzyjaźnionymi studentami nazywamy ich ułanami). Rząd dusz, przewodnictwo na zebraniach, w grupach redagujących uchwały oraz zadanie reprezentowania wydziałów czy roczników przypada młodzieży, o której mógłbym mówić z zachwytem. Ci "nowi", samorodni działacze bardzo związani z masą studencką są jak najbardziej skłonni do dialogu. I choć oczywiście nie mogą narzucić deseskalacji, to bardzo jej pragną. Kiedy zapada uchwała wiecu w sprawie strajku okupacyjnego, moi przyjaciele - bo tak muszę ich określić - przeprowadzają wspaniałe uzupełnienie: podczas strajku studentów obowiązuje obecność na wykładach. Wieczorem 21 marca organizują straż porządkową, mającą zapobiec wszelkim wybrykom, zawsze przecież możliwym. Na tym tle zdarzyła się dość zabawna scena. Uniwersytet stworzył również straż porządkową z pracowników wypożyczonych z MSW. Obie straże mają swoich dowódców. Jestem obecny przez całą noc z 21 na 22 na terenie Uniwersytetu - umówiliśmy się z kolegami, iż dziekani i profesorowie nie będą obecni (tylko jeden z nich nie wytrzymał). Wobec tego przypadła mi szczególna misja: przedstawiłem wzajemnie dowódców obu tych straży, którzy podając sobie ręce, deklarowali ścisłą współpracę.

Ale obok tej drobnej choć wymownej sceny zaszło tej nocy coś, co wydało mi się niezmiernie ważką szansą wyjścia z impasu. Jeszcze przed rozpoczęciem strajku miało miejsce przemówienie, w którym Władysław Gomułka wyraził gotowość dialogu ze studentami. Okazało się później, że miał on na myśli wiece "legalne" i ZMS, ale ten byt tak zdepopularyzowany i właściwie już w stanie rozkładu, że słowa Gomułki zostały zrozumiane inaczej, szerzej. Zostałem - jak to powiedzieć - zaproszony, czy dopuszczony na nocne posiedzenie komitetu strajkowego, gdzie przy poparciu, a ściślej biorąc przy równoległych propozycjach szeregu studentów broniłem tezy, iż wyjście z sytuacji może prowadzić tylko przez porozumienie z Wiesławem. Jeden ze studentów (młody chłopak, relegowany później z Uniwersytetu, a odznaczający się szczególną żywością, a równocześnie dojrzałością umysłu) przechylił szalę: "Nie jestem pewien, a nawet powątpiewam, czy prof. Bobrowski ma rację, ale to jest jedyna szansa ruchu studenckiego". Jednogłośnie uchwalono list rezolucję, którą (wybierając z wielu dokumentów) załączam jako aneks do tego rozdziału. Przyjęto nawet moją drobną poprawkę, ażeby list do Wiesława nie był podpisany w imieniu wszystkich studentów, bo przecież nie wszyscy brali udział w strajku, lecz w imieniu "obecnych na terenie UW w nocy z 21 na 22 marca". Miałem w rękach ten tekst, kiedy na terenie Uniwersytetu zjawił się dyrektor Drapich odgrywający dużą rolę w ministerstwie. Pokazałem mu brulion listu, który był w trakcie przepisywania. Drapich: "Jak to byłoby świetnie, gdyby to uchwalili, ale przecież tego nie uchwalą". Ja: "To już uchwalone". Wobec nieufności studentów do drogi służbowej przez rektorat, przekazałem odpisy listu jeszcze trzema drogami: przez Cyrankiewicza, Jabłońskiego i Kliszkę. I czekaliśmy nie tyle na odpowiedź, co na jakąkolwiek reakcję. Miałem w tym momencie obraz sytuacji jasny, choć złożony. Po latach sądzę zresztą, że nie był on błędny. Jeśli chodzi o stronę studencką, to sytuacja nie była identyczna, ani na wszystkich uniwersytetach, czy innych uczelniach wyższych warszawskich i prowincjonalnych: w SGPiS było na pewno inaczej niż na UW, w łódzkim uniwersytecie i innych małych uniwersytetach również, w Krakowie, Wrocławiu i Gdańsku podobnie, jeśli nie identycznie jak u nas. Zresztą nawet na UW istniały różnice między wydziałami. To co powiem niżej opieram głównie o wydziały: ekonomiczny, historii, filozofii oraz matematyki i fizyki. Grupy skrajne w tym lub innym kierunku były nieliczne, by nie powiedzieć znikome. Na wydziale ekonomicznym sondaż wykazał, że w wiecu "nielegalnym" uczestniczyło 2/3 studentów i że oczywiście wśród nieuczestniczących proporcja przeciwników strajku była nieco wyższa (30%). Stanowisko znakomitej większości było całkowicie jednolite jeśli chodziło o protest przeciwko represjom. W stosunku do spraw studenckich przeważała tendencja, aby dążyć do powołania do życia "forum" na wzór tego, co za zgodą Jabłońskiego powstało już poprzednio w Gdańsku. Niechęć, a nawet nieufność do ZMS, obejmowała nawet znaczną część aktywistów i członków ZMS. A postawa polityczna? W terminologii, która rozpowszechniła się ostatnio, chodziło przede wszystkim o "prawa człowieka", o możność swobodnej dyskusji choćby w ograniczonych zespołach itp. - nie widziałem nawet prób określenia reform społeczno-politycznych, których domagałaby się większość studencka. Jeśli początkowo niektórzy - nieliczni - liczyli na poparcie klasy robotniczej, to po tygodniach ta iluzja prysła. Dowodem, że zaufanie do Gomułki nie zgasło całkowicie, był choćby list z nocy 21 na 22 marca.

A druga strona, tzn. władza na wyższych szczeblach? Z Jabłońskim miałem niemal ustawiczny kontakt telefoniczny i nie ulegało wątpliwości, że porozumiewał się on z Cyrankiewiczem. Rozbieżność pomiędzy tonem naszych rozmów a wystąpieniami na senacie była wyraźna. Nie uważałem tego i nie uważam tego za przejaw sensu stricte dwulicowości, lecz po prostu za wyraz gry - ażeby w żadnym razie nie znaleźć się w obozie zwyciężonych. Skierowałem list do szeregu członków Biura Politycznego, o których mogłem myśleć, że mają do mnie zaufanie. Rozmawiałem (na ogół krótko, gdyż wystarczało to dla przekonania się o zbieżności poglądów) z kilkoma osobami z Biura Politycznego i Sekretariatu. Najdłuższą rozmowę odbyłem z Zenonem Kliszko i uważałem ją za niezmiernie pozytywną. W toku ostatnich zdań wymienionych przed pożegnaniem, Kliszko "wydusił" ze mnie oświadczenie, że istnieją i działają także elementy anarchizujące - kiedy to wreszcie przyznałem (było to zgodne z prawdą) - posłyszałem: "Ależ wy macie trudny charakter - przyznajcie i to". "Ale wy przyznajcie, że nie macie poczucia humoru". Cytuję to dla oświetlenia atmosfery naszej rozmowy. Zdołałem też stwierdzić, że Kliszko był informowany przez Komitet Warszawski w sposób niepełny, jeśli nie fałszywy. Dlatego też niezależnie od rozmowy z Jabłońskim, skierowałem jeszcze list do Kliszki, prosząc go, ażeby w ciągu dwóch-trzech dni potwierdził mi, że nocny list studencki został przeczytany przez Gomułkę - nic więcej.

Uważałem mianowicie, że doszliśmy do punktu, w którym musi następować albo dalsza eskalacja, albo początek deseskalacji. Sądziłem, chyba na niezłych podstawach, iż jakaś duża grupa studencka, nawet bez formalnego otwarcia dialogu z Kierownictwem, zgodzi się na powstrzymanie wszelkich manifestacji i otworzy fazę odprężenia. Sądziłem też, że za tą grupą pójdą inne. Mniemałem, że wystarczy dla uruchomienia procesu najsłabszy znak dobrej woli Kierownictwa. Nic podobnego nie nastąpiło, przeciwnie - nowym zaostrzeniem stało się demonstracyjne zwolnienie szeregu profesorów (głównie żydowskiego pochodzenia) zakwalifikowanych jako rewizjoniści. Wszelka szansa dialogu znikła tym samym. A równocześnie Jabłoński przekazał mi w imieniu Cyrankiewicza: nie ma miejsca na dwie linie taktyczne.

2 kwietnia zgłosił się do mnie doc. Jezierski, pierwszy sekretarz komitetu uczelnianego UW, przedstawiając mi ultimatum: albo ustąpić, albo podporządkować się. Wiedział oczywiście jaki będzie mój wybór i w pewnej mierze był zażenowany swoją funkcją. Nie można było mi właściwie zrobić żadnego zarzutu, ani z punktu widzenia władz, ani z punktu widzenia partii. Więcej - KW wystawił mi przecież nieopatrznie laurkę. Jedynym jako tako formalnym zarzutem było to, że przez minione trzy tygodnie, niezależnie od rzadkich zebrań Rady, współdziałała ze mną nieformalna grupa składająca się praktycznie ze wszystkich niemal profesorów i delegatów studenckich. Dnia 3 kwietnia na posiedzeniu Rady Wydziału podałem się do dymisji, zgłaszając do protokołu szerokie oświadczenie. W dyskusji jaka się wywiązała, na apel prof. Kuli, abym nie ustępował, odpowiedziałem: "Na zdalnie kierowanym statku nie jest potrzebny kapitan". Studentom, którzy wyrażali żal, że nie będą mogli liczyć na obronę z mojej strony, odpowiedziałem, że obrona z mojej strony może im więcej zaszkodzić niż pomóc. Z protokołu z dnia 3 kwietnia zacytuję pewne ustępy: "Wyszedłem z następującej hipotezy [...] ruch studencki [...] zawiera pozytywne elementy, a przede wszystkim wzrost świadomości politycznej na gruncie czysto socjalistycznym [...] należałoby postawić na wyłowienie tych elementów. [...] Przyjmując tę hipotezę, podjąłem dość szerokie próby indywidualnej, "amatorskiej" mediacji. Szansę tej mediacji stopniowo malały i ok. 23 marca [...] znikły zupełnie [...]. Pomimo goryczy, której nie ukrywałem, jestem wdzięczny kolegom, którzy powierzyli mi funkcję, z której obecnie rezygnuję [...]. Poznałem lepiej młodzież, do której i przed tym miałem zaufanie. Pozyskałem wielu przyjaciół wśród młodzieży, pracowników naukowych, dziekanów. I nie jest przy tym ważne, że poznałem przy tym także ludzi nie mających szacunku dla cudzego zdania. Tacy przecież też muszą istnieć [...]".

Dla świata studenckiego niepowodzenie ruchu miało olbrzymie i wieloletnie znaczenie. Na kilka lat była to depolityzacja, na dłuższy dystans jestem dziś skłonny widzieć w załatwieniu spraw marcowych głębokie źródło obniżenia kultury politycznej, często tylko werbalnego, deklaratywnego stosunku do socjalizmu, a nieraz postaw nieufnych, jeśli nie niesocjalistycznych. Jeśli chodzi o Kierownictwo, to jedna sprawa była jasna - wahania przeciął Pierwszy Sekretarz. W moim przekonaniu, które chyba potrafiłbym udokumentować, większość, jeśli nie znakomita większość Kierownictwa była za poszukiwaniem dialogu. Pozostawiam historykom rozważanie, czy w takim przebiegu należy widzieć dalszy ciąg akcji "obcinania skrzydeł", czy przejaw tego, że nowe siły, jeszcze wówczas nie reprezentowane w Biurze, znaczyły więcej niż członkowie Biura, czy może należy postawę Pierwszego Sekretarza wiązać z nową fazą polityki, której elementami była walka z tzw. syjonizmem i zdecydowanie negatywny stosunek do polityki Dubćeka. Wreszcie, jeśli chodzi o społeczeństwo, to w ciągu marcowych tygodni przejawów aktywnej życzliwości klasy robotniczej było równie mało jak przejawów wrogości. W Warszawie nie tylko sfery inteligenckie były pasywnie życzliwe, na prowincji - nie wiem. Na pewno w jakiejś mierze i w jakichś kołach narosła gorycz; nowa sylwetka Wiesława stała się znacznie mniej popularna. Mówi się nieraz o zakończeniu walki czy sporu bez zwycięzców i zwyciężonych. Tym razem byli sami zwyciężeni.


* * *


Obawiamy się Towarzyszu Wiesławie, że nasza decyzja pozostania w nocy na terenie UW powzięta po Waszym przemówieniu, może wyglądać z pozoru lub może być Warn przedstawiona jako akt nieufności. Z całym naciskiem oświadczamy, że tak nie jest. Doceniamy w pełni Wasze oświadczenie, iż rezolucje studenckie uchwalane na legalnych wiecach zostaną przestudiowane i rozumiemy też w pełni, że z chwilą kiedy ma się to odbyć z Waszym udziałem, na czym nam bardzo zależy, sprawa wymaga pewnego czasu. Decyzja strajku wynikła z całej serii motywów. Dla jednych była to przede wszystkim reakcja goryczy na oświetlenia prasowe, dla innych akt solidarności z uczelniami, które wcześniej rozpoczęły strajk okupacyjny. Dla wszystkich sposób podkreślenia wagi, jaką przywiązują do zgłaszanych rezolucji. Liczymy, że nie potraktujecie naszej decyzji jako błędu, a przynajmniej jako wielkiego błędu.

Jeśli uznalibyście nasze posunięcie za błąd, to chyba wolno nam twierdzić, że nie wynikało ono z innych pobudek jak z troski o nasze cele. Nasze cele to współdziałanie w budowie Polski socjalistycznej, w umacnianiu sojuszu ze Związkiem Radzieckim, w pogłębianiu demokracji socjalistycznej w Polsce. Nasza bezpośrednia troska to dążenie do wlania bogatszej treści w te formy życia studenckiego, które już skostniały, do pogłębienia więzi z profesurą. Wiemy dobrze, że bez Was nie osiągniemy tego celu. Wierzymy, że przy Waszym zrozumieniu i opiece ruch studencki, choć przecie nie od początku dojrzały, będzie służył dobru Polski Ludowej, która Warn tak głęboko leży na sercu.

W imieniu studentów Uniwersytetu Warszawskiego obecnych na terenie UW w nocy z 21/22 marca.


2. Złożyło się tak, że mój pasierb, wówczas już dwudziestoparoletni asystent PAN, znalazł się przypadkiem w Uniwersyteckim Zaktadzie Archeologii Śródziemnomorskiej. Widząc mnie na czele grupy studentów kierującej się do bramy, wyskoczył przez okno i wspólnie z jednym z asystentów starał się mnie ochronić przy spotkaniu z kolumną milicyjną (zresztą bez potrzeby, jak widać z poprzedniego tekstu). Nic o tym wówczas nie wiedziałem w danej chwili.
3. Humor studencki znalazł świetny wyraz w transparencie na gmachu Politechniki - "Miś jeszcze nie kłamie". ("Miś" - pismo dla dzieci).

© Uniwersytet Warszawski, Krakowskie Przedmieście 26/28, 00-927 Warszawa, tel. (centrala) +48 22 552 00 00, NIP 525-001-12-66
Wszelkie prawa zastrzeżone Redakcja strony